Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2024

świąteczne wspomnienia

 Wiecie, że kiedyś lampek się nie wyrzucało? Naprawiało się, naprawdę. Wcale nie tak dawno temu. Zazwyczaj kilka dni przed Wigilią. Tata siadał z papierosem w ustach, kawą na taborecie, noga na nogę założył i najpierw delikatnie rozplątywał gąszcz kabelków a potem sprawdzał, dlaczego nie świecą. Zawsze nie świeciły.  Pół biedy, jeśli to był komplet od babci, z żarówkami imitującymi świeczki. Wykręcało się taką, sprawdzało na płaskiej baterii (tata mnie uczył jak) i ewentualnie wymieniało. Pamiętam, że można było kupić zapasowe na targu. Te żarówki z gwintem i takie maleńkie z dwoma drucikami. Te drugie były do "nowoczesnych" lampek. Drobne, delikatne, można ich było mieć w komplecie ponad setkę. Jak taki komplet się zepsuł, po rozplątaniu tata siedział i wyciągał co którąś lampkę i sprawdzał, czy w obwodzie jest prąd. Dopóki był, lampi były sprawne (wtedy dowiedziałam się, co to połączenie szeregowe a co równoległe), a jak nagle zniknął tata wyjmował każdą (!) i sprawdzał na ...

Jak pachniał grudzień?

Kiedyś to grudzień pachniał mroźnym powiewem zimowego chłodu, który wkraczał do domu z każdym wchodzącym. Orzeźwiający, z czerwonymi policzkami i zimnymi dłońmi. Uciekający szybko, gdy go ogrzać nad blachą węglowego pieca. Schowany w grubym waciaku i gumofilcach. Potrafił wniknąć w człowieka do środka, ale szybko przepędzała go malinowa herbatka. Pachniał kiedyś rozgrzanym, węglowym piecem. Ta mieszanka gorącego metalu, palonego drewna, gotującej się wody i obiadu ogrzewa do dziś moje serce. Zawsze można było się ogrzać, przysiadając na ryczce obok. Zawsze można było zrobić coś ciepłego do picia. A i jedzenie smakowało inaczej, gdy je przyrządzano na żywym ogniu.  Pachniał żywicą sosnowych i świerkowych gałęzi. Przynosił je dziadek przed samymi świętami, żeby ozdobić dom. I żywa choinka. Zawsze sosna. I kawałki drewna za piecem, które schnąc wydzielały żywiczny zapach. Pachniał pomarańczami i mandarynkami. Tryskającymi sokiem, słodkimi, które dostawaliśmy w paczce na Mikołaja i ni...

Pani Profesor

Zobaczyłam Ją kroczącą cmentarnym chodnikiem, zaskoczona, że moje myśli o Niej w ostatnich dniach postawiły Ją w końcu na mojej drodze. Ogromna radość, bo nigdy jej tutaj nie widziałam, i zaskoczenie, jak bardzo przypomina siebie z moich szkolnych czasów.  Minęło przecież prawie 25 lat, a ona wyglądała jak wtedy na środku sali lekcyjnej. Filigranowa, szczupła, dostojna. Wyprostowana sylwetka i głowa dumnie uniesiona. Kolorowe buty na niewielkim obcasie, chociaż wydaje mi się, że nosiła większy. I zawsze piękne, szczupłe kostki, które Bóg jeden wie, dlaczego, tak bardzo rzuciły mi się w oczy. Oczywiście spódnica. Tym razem lekki, niebieski odcień z nadrukiem. Z tego była znana. Z tych falbaniastych spódnic, kolorowych, żywych, współgrających z Jej temperamentem. Do tego zawsze żakiecik, kamizelka, cokolwiek. Nigdy oczywiste, pospolite, jak u innych. Dzisiaj też, żakiecik z fuksjowymi klapami i narzuconą chustą. Włosy przycięte jak kiedyś, na krótko, chociaż trochę ich mniej, za to ...

Szczęście

Patrzeć w oczy i nie czuć zawstydzenia, zażenowania, skrępowania i strachu. Dostrzegać dziesiątki kolorów tęczówki, uczyć się na pamięć jak mapy przed podróżą. Znać układ rzęs na pamięć i móc policzyć je wszystkie. Dostrzegać każde zmrużenie, dwie zmarszczki uśmiechu i kilka ironii.  Mówić otwarcie i szczerze, nie skrywając niczego za zasłoną milczenia. Wystawiać się odważnie na ocenę, bez strachu o zranienie. Przyjmować słowa jak dobre wróżby, bez potrzeby obawy o ostre brzytwy. Odsłaniać się po kawałku i nie czuć ran cudzej opinii.  Być obok bez krzty skrępowania. Bez drżącej w powietrzu namiętności. Bez seksualnych podtekstów. Czuć ciepło, zapach, dłoń na ramieniu. Przyjmować jak skarby, gromadzić w sercu. Pamiętać delikatność dotyku i nie chcieć niczego więcej.  Śmiać się wspólnie, uśmiechać do siebie. Żartować, docierać i wbijać szpileczki. Bawić się wspólnie z sobie znanych żartów. Mieć maleńkie tajemnice i wielkie powierzone sekrety. Liczyć na siebie i wspierać wz...

Nikt nie obiecuje jutra

 Nic nie daje gwarancji jutra. Rześkiego poranka wśród mgieł, Słońca tańczącego na miękkich lokach I ptaka gwiżdżącego na drzewie. Nie każdemu będzie dane się zbudzić, Poczuć ciepły aromat kawy, Wdychać wilgotne, drżące powietrze  I dotknąć w przelocie kołyszącej się trawy. Nic nie daje gwarancji szczęścia, Egoistycznego poczucia spełnienia, Nie ma wygranych losów  Na tej niepewnej loterii. Nie każdemu ta sama gwiazda Przyświeca na drodze życia, Dając to, co innym zabrane, We łzach i smutkach stracone. Nic nie daje gwarancji miłości. Dłoni bezpiecznie zamkniętej w dłoni, Głębi spojrzenia, niemego porozumienia, Ciszy najpiękniej brzmiącej w niedopowiedzeniach. Nie każdy ma szczęście być kochanym jak chce, Wypełniać pustki duszy uczuciem drugiego, Dzielić troski i mnożyć radości, Być obok, a jednak jednością.

Wiatr

Skrzy się łza srebrzyście w kąciku, Milkną usta w pół słowa po cichu, Brew opada, nie dziwi się więcej, Błądzi mrok po przymkniętej powiece. Serce gaśnie, nie walczy, nie bije, Ziąb jak żmija się czai i wije, Jad zagościł w serdecznym uśmiechu, Ból wypełza przy każdym oddechu. Zaciskają się pięści bezsilne ze złości, Dusza rwie się do wiecznej wolności. Barki zdjąć chcą udrękę i trudy, Znika wspomnienie misternej ułudy. Strach i boleść już tron zajmują należny. Smutek duszę spowija bezbrzeżny. Wiej mi wietrze, wiej czysty i mocny, Łzy mi osusz, potargaj mi włosy. Wiej mi wietrze, żal przegoń, zduś strach, Wpuść nadzieję, niech karmi mnie w snach. Wiej mi wietrze i zimą i wiosną, Niech mi skrzydła nareszcie urosną , Niech mnie niesie ta pieszczota kojąca, Gdzie kraina jest mlekiem płynąca. Wiej mi wietrze, oczyść serce i duszę  Niechże do życia wreszcie je zmuszę.

Dożynki

Dożynki są świętem dziękczynienia za plony. Za to, że trud i wysiłek ludzi wkładany w uprawę roli, ich miłość i przywiązanie do ziemi, pokora wobec nieprzewidywalnej natury zaowocowały zbiorami, którymi mogą wyżywić siebie i nas. Być może nie świętuję ze wszystkimi, ale ten dzień bliski jest mojemu sercu. Wychowana na gospodarstwie noszę w sobie ogrom szacunku dla rolników.  Gdy zamykam oczy czuję na dłoni ciepło zebranego właśnie zboża, jego duszny, mączny zapach. Czuję zapach wygrzanej w słońcu słomy, ostrość kłującego po łydkach rżyska. Wciąż czuję na ramionach palące sierpniowe słońce, słony pot i kurz lepiący się do mnie.  Pamiętam chłodny sobotni poranek, gdy zaczynały się wykopki. Zapach wilgotnej ziemi i terkot maszynki do kopania. Smak grzanej kiełbasy, baby drożdżowej i słodki, mdły dym ogniska na polu, a na koniec lekko spalone ziemniaki. Pamiętam jak pachnie zagon buraków pastewnych późnym popołudniem, gdy rosa wydobywa z niego całą słodycz. Czuję w ustach ziarenka...

Na beskidzkim szlaku

 To był świetny plan. W zasadzie nie było w nim punktów, które mogłyby się nie powieść, nie licząc wypadków losowych. Starannie zaplanowana droga, trasa i dzień dla siebie. Żądna samotności, spacerów i zmiany otoczenia zaplanowałam niedzielny wyjazd do Ustronia celem podziwiania widoków podczas spacerku wokół miasta, wytyczoną trasą. Podług wszelkich przewodników trasa widokowa jak sama nazwa wskazuje miała cieszyć oczy i nie męczyć zbytnio turysty, bowiem zakwalifikowana została jako łatwa.  Niedziela zaczęła się chłodnym i chmurnym porankiem, który obiecywał mi zakładane 25 stopni przy "całkowitym lub umiarkowanym zachmurzeniu" jak wieścił dzień wcześniej mój guru pogodowy. Spoglądając w niebo, na prognozy i swoje krzywe nogi w lustrze odrzuciłam pomysł zabrania krótkich spodenek i wpakowałam swoje nadwagowe ciało w dżinsy i koszulkę.  Idealnie podjechałam na peron, pociąg przyjechał również idealnie, w Katowicach szybko znalazłam peron i tor przesiadki a z megafonu zro...

Pocałunek w czoło

Można kogoś pocałować.  Dżentelmeńsko, w rękę, z szarmancją i delikatną czułością, kłaniając się przy tym odrobinkę i czasem patrząc głęboko w oczy.  Po przyjacielsku, w policzek, zostawiając na ułamek sekundy ślad swoich ust i ciepły zapach perfum. Jak kochanek, w usta, namiętnie, z pasją, zostawiając bez tchu i z rumieńcem na policzkach. Dla mnie najwspanialszy był zawsze pocałunek w czoło. Tak bardzo intymny, czuły, pozbawiony krzty seksualnego podtekstu. Opiekuńczy, matczyny, pełen przywiązania, miłości i troski.  Pamiętam, jak wychodząc wieczorem do swojego pokoju żegnałam siedzącego na kanapie tatę krótkim pocałunkiem w czoło. Czasem nie było okazji do rozmowy przez cały dzień. Czasem kłóciliśmy się zażarcie. Czasem tak samo mocno go nienawidziłam, jak kochałam. Ale kiedy siedział patrząc na film, a ja wychodziłam do siebie, stawałam za nim, wichrzyłam mu włosy i składałam krótki pocałunek w czoło. Gdy zamknę oczy pamiętam jeszcze zapach jego skóry i frakturę włosów...

Nie wycina się starych drzew

 W naszym ogrodzie stoi stara brzoskwinia. Kilka lat temu pełna zielonych błyszczących liści uginała się od ciężaru owoców. Pamiętam, jak z okrągłym brzuchem zbierałam je, obierałam i robiłam sok z myślą o małym Rysiu, którego miałam lada chwila urodzić. Jednego roku owoce były tak duże i piękne jak te na sklepowych półkach. Zajadałam się nimi zamiast śniadania i kolacji. Pewnego roku obsypała się różowymi kwiatami, po czym zrzuciła wszystko z siebie i od tego czasu stoi naga, jakby bezużyteczna, niezdolna rodzić, a jej popękana, łuszcząca się kora nawet nie czyni z niej ozdoby ogrodu. Stoi jednak nadal. Biedna starowinka użycza swoich gałęzi wiszącym doniczkom z kwiatami, jest drapakiem dla kotów i podporą dla dzikiej sadzonki bluszczu. Nieopodal szumią pełne młodzieńczego wigoru drzewa czereśni i śliwy, które jednak dopiero uczą się radzić sobie z porywistym wiatrem, zimowymi mrozami i kapryśna pogodą.  Nie mam serca jej wyciąć, zlikwidować, pozbawić naszego otoczenia jej wi...

ona

Spoglądam w lustro i nie wiem do końca, czy po prostu jej nie lubię, czy to już raczej jawne obrzydzenie tamtą, która na mnie spogląda. Nienawidzę jej. Podstarzała, zaniedbana, bez ambicji. Jestem na nią zła, za te starzejące się oczy, o których za chwilę nikt już nie powie, że piękne. Krzywe kreski, ledwie maźnięte rzęsy, brwi raz są, a raz ich nie ma. I jakieś ostre spojrzenie, całkiem nie moje i nie pasujące do mnie. I te kolejne podbródki, zero kształtu, brak rysów i wyrazu. Przegapione trzydzieści kilo, zaniedbane piersi obwisłe, dawno już bezużyteczne, fałdki, oponki i przygarbione plecy. Brak chęci, motywacji, wysiłku. Wszystko w głowie a nic naprawdę.  Te zapomniane pomysły, zrywy nagłe, przebrzmiałe, po których jej został niesmak i żal. Wymyślić, nie zrobić, zapomnieć, zepchnąć w otchłań najdalszą. Smutek, smutek i wiecznie ten smutek... Co z tego, że uśmiech, co z tego, że zabawnie. Zawsze ten cierń, kolec, nic mi się nie chce i znowu to życie. Wstać, połknąć, wypić, zje...

Pokolenia

 8 osób na zdjęciu, 6 kobiet, trzy pokolenia. Za nami jak blade klisze wspomnienie tych, co odeszły. Babcia, jej wcześnie zmarła mama i te wszystkie wcześniej, których nie poznałam nawet z opowieści. Za dwadzieścia lat nasze córki ze swoimi dziećmi, kolejnym pokoleniem wplecionym w koło życia. Rodzimy się z bagażem doświadczeń i wiedzy naszych przodkiń. Dajemy życie przekazując wiedzę, kulturę i tradycje następnemu pokoleniu. Jesteśmy jak filary mostu, sprawiające, że droga może pójść dalej. Ze wszystkich ciężarów przeszłości odrzucamy połowę dla dobra naszych dzieci. Każda chce zbudować coś lepszego niż poprzedniczka. Tupiemy nogą na błędy naszych babek i rzucamy się popełniać własne. A przecież korzenie przypominają o sobie. Przepracowane, zgarbione, bez prawa do siebie, ciągną nas czasem w dół poczuciem braku wartości. A w naszym świecie już dawno możemy chodzić do szkoły i zdobywać tytuły magistra. Nie ma już przecież chusty i zapaski, nosimy modne spodnie, szpilki i perfumy. ...

Zmierzch

Pewna osoba powiedziała mi ostatnio, że chyba lubię zachody słońca, ponieważ często je fotografuję i wrzucam w internet.  Myślałam trochę nad tym stwierdzeniem i doszłam do wniosku, że wiele w nim prawdy.  Nie widziałam nigdy dwóch identycznych zachodów, chociaż krajobraz za oknem nie zmienia się codziennie, nie podróżuję, nie przeprowadzam się co chwila. A jednak każdy z nich był niepowtarzalny. Spektakl rozgrywający się na niebie przez zaledwie kilkanaście minut zachwyca za każdym razem. Paleta ciepłych barw od żółci, czerwieni przez róż i fiolet aż po zimny, bladoniebieski zenit i ciemniejący granatem wschodni horyzont. Do tego chmury, lub ich brak. Czasem puszyste obłoczki wylegujące się w ostatnich promieniach słońca, czasem masywniejsze, cięższe, szaro-bure, które zastygają na moment ogrzewając brzuchy w purpurowych promieniach. Nieraz pierzaste obłoczki ledwo widoczne na wysokim niebie złocące się pięknie. Bywają i potężne nabrzmiałe od deszczu przez które ledwie prześw...

Lato wszędzie

 Upał wyziera z rozpalonej ziemi. Wije się pomiędzy łanami dojrzewającego zboża. Zbiera ich mączny zapach pieszczony przez promienie słońca  I zanosi wprost do nozdrzy szukających powietrza. Oblepia liście rumianku i ciążąc przygniata do ziemi. Smuci świeże kwiaty, które spuszczają swoje piękne oblicza ku rosie, która jeszcze kilka godzin nie nadejdzie. Usypia ptaki w swych nadrzewnych gniazdach, uciszając ich codzienne wesołe trele.  Tańczy z wiatrem wplątując we włosy rozgrzane długie palce. Chciałby pieścić rozleniwione ciało, ale cóż on - wymysł szatana - może wiedzieć o czułym dotyku. Kochanek słońca, zrywa jego promienie rzucając wprost w rozgrzane twarze. Oplata swoją mocą drobinki piasku i rozgrzewa je wprost do czerwoności. Panoszy się uparcie między domami, na ulicy, chodniku, nawet na tarasie. Płacze drobnymi łzami na zimnej szklance wody. Odchodzi niechętnie za pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca.  Zostawia ciepłe drewniane deski w altanie, roz...

Nie było nam dane

 Nie było nam dane  Przy pełni księżyca  Siedzieć wspólnie przy trzaskającym ogniu. Nie było nam dane Wspólnie zaśpiewać  kilku piosenek do twojego akompaniamentu. Nie było nam dane Przy wspólnym stole Cieszyć się gwarem Twoich ślicznych wnuków. Nie było nam dane Przy kolejnych okazjach Pokłócić się zażarcie o najprostsze sprawy. Nie było nam dane Spoglądać w swoje oczy Obserwując w nich niezmiennie miłość i szacunek. Nie było nam dane Przez kolejne lata Prześmiewczo komentować zastaną rzeczywistość. Nie było nam dane  Przez kolejne święta  Składać sobie zbyt krótkie życzenia.  Nie było nam dane Dorosnąć do wybaczenia Do zapomnienia wzajemnych pretensji i krzywd. Było mi dane Zachować w pamięci  Twój uśmiech, głos, spojrzenie, Żelazny uścisk ramion i szorstkość włosów pod palcami.

Tęsknię...

Zamknąć oczy na zawsze.  Pozostać głuchą od dziś  na przekleństwa, wyzwiska i żale. Zostawić znienawidzone ciało, Rozwinąć skrzydła ukryte, Polecieć w jedno znajome miejsce. Zobaczyć Ciebie w tym domu, Do którego Cię kiedyś zawiozłam. Zobaczyć Twój uśmiech  I wtulić się w Twoje ramiona. Zmierzwić Ci włosy po trwałej I pocałować Cię w czoło. Zobaczyć Twój uśmiech serdeczny  I wziąć w dłoń Twoją rękę. Zapytać, czy tak mi wolno, Czy Ty to rozumiesz i chwalisz? Czy można jednak bez winy  Zapomnieć, zostawić, nie kochać? Utul mnie w swoich ramionach. Pogłaszcz po głowie i powiedz Że mnie wciąż kochasz niezmiennie Choć ja się zmieniłam ogromnie. Powiedz, że tak właśnie wolno, Że dajesz mi swe przyzwolenie  Na bycie szczęśliwym już teraz. Że dajesz mi prawo do łez, Do buntu, sprzeciwu i wiary. W swoim niedoskonałym wcieleniu, Z ukrytym sensem istnienia, Z wiecznym pragnieniem miłości  Jestem jak bezpański anioł... Ty jedna widziałaś we mnie Coś więcej niż tyl...

Niech bym była inna

Niech bym się w dzikiego zwierza zmieniła, Niech by mi mięśnie urosły potężne, Niech bym się w pęd dziki puściła przez świat, Niech bym poczuła ostre powietrze w płucach jak nigdy, Niech by mnie niosły łapy szerokie przez ścieżki ludziom nieznane. Strach byłby mi obcy, szacunek bym wzbudzała, Pazurami rwała i kłami szarpała, Błysk w oku miała. Niech by mi skrzydła wyrosły jak u anioła, Niech by ich wiatr strząsł ze mnie strach i niepewność, Niech by mnie poniosły w niebiosa ciemne, gwieździste, Niech by mnie niosły nad światem uśpionym, Niech bym poczuła wiatr we włosach i szum w uszach. Uciekłabym od siebie, od trosk i żalów codziennych, Od spraw łzami brzemiennych Od oczekiwań innych. Niech bym była inna, lepsza, ładniejsza, mądrzejsza, Niech bym wzbudzała szacunek i podziw, Niech by moje słowa znaczyły cokolwiek, Niech by się inni dziwili i kochali, Niech by mi świat przychylny drogi prostował. Nie wylałabym łez smutku nad swoim losem zagmatwanym, Nie ufała pragnieniom odgrzewanym, ...

Twój świat

  Zamknięte dokładnie na zgubiony klucz drzwi do części mojej duszy. Poukładane starannie wytworne karteczki z kilkoma pomysłami na cudowne życie. Poprzekładane płatkami zasuszonych róż pamiętających czasy rezolutnej nastolatki. Pachnące nadzieją na słońce każdego dnia. Nie chcę ich już pamiętać. Nie wracam do nich w ogóle. Dziś pachną gorzkim rozczarowaniem zmieszanym z delikatną wdzięcznością za to, co przyniosły pomyłki. Bolesne wspomnienia idyllicznych pomysłów.  Sterta pomiętych scenariuszy na wypadek, gdybym była kimś innym. Kosz wyrzuconych zachowań, zniszczonych krytyką, oceną, cudzym niezadowoleniem i zazdrością. Pudło z napisem "tak nie wypada". Jakieś odległe marzenia na wyblakłych zdjęciach, na których ledwo rozpoznaję siebie. Złamane serca przeszłych miłości.  To miejsce już chyba umarło. Jestem już przeciez gdzieś dalej. Nowi ludzie są w moim życiu, nowe pudełka na kiepskie pomysły. Wziąć się cieszę, że jakieś mam. Szuflady wstydu i poniżenia. Wciąż wywołują...

Naga prawda

  Taka jestem. Częściej pozwalam płynąć krwi zamiast łzom. Wiecznie cierpiąca, z uśmiechem na ustach. Tęskniąca za czułością, stawiająca wokół siebie mury. Mam pamięć do złych słów i słabość do obietnic bez pokrycia.  Chcę się otworzyć na nowe i nie potrafię zamknąć starych drzwi. Łasa na słodkie słowa, głucha na pretensje.  Kocham piękne ciała, więc siebie nienawidzę.  Uwodzi mnie blask ognia, bąbelki w kieliszku i zapach piżma na obcej szyi. Potrafię kochać nad życie i tak samo nienawidzę. Przeżywam życie w wyobraźni uciekając od rzeczywistości. Hedonistka, hipokrytka, chujowa pani domu. Matka od biedy. Przyjaciółka od siedmiu boleści. Częściej zamykam oczy, bo chyba widzę za dużo. Upadły anioł, któremu nie wyrosły skrzydła.  Wiedźma spalona na stosie w kolejnym wcieleniu.  Wciąż dziecko, którego nudzą stare zabawki. Przerażona śmiercią i cierpieniem najbliższych. Tęsknię do tych co odeszli i byli mi najbliżsi. Na co dzień tylko ciałem, duchem w innym świ...

Grzechy pożądania

Trzecia, lub czwarta już kawa, Kolejny papieros, Kilka drinków dla uśpienia myśli. Obraz uśmiechniętych oczu, Parę zamienionych zdań, Jedno słowo za dużo. Puste miejsca na moim ciele, Bez dotyku dłoni I śladu ust. Martwe motyle w brzuchu, Wygaszony pożar wyobraźni, Zamordowane marzenia. Pusta rama w mych myślach, Która nie zapełni się obrazem, Na zawsze białe płótno. Rozmowy, których nie było brzmią mi w uszach, Pocałunki, których nie było, palą mi usta, Bliskość, której nie ma, ogrzewa mi serce, Rozkosz, której pragnęłam, wbija się we mnie cierniem. Duszę szarpią na części cudze pretensje, Wpasowują mnie w oczekiwany ciasny kanon szczęścia, Robią za moje sumienie i dziesięć przykazań, Niepomne na własne ciche grzechy pożądania...

Romans ze śmiercią

Czuję na karku ciepły oddech śmierci. Owija moją szyję kuszącym pocałunkiem zapomnienia. Wlewa się w serce kłującą tęsknotą. Nęci wizjami lepszego świata. Masuje mi ramiona obiecując ucieczkę od bólu. Nie patrzy mi w oczy, unika spojrzenia. Nie odpowiada na żadne pytania. Jej lodowata bliskość powoli zamraża mi serce. Szponami maluje wzory żył na moich rękach. Cicho nuci upiorne kołysanki, odrywając od świata, od życia, istnienia. Wpada na chwilę w najmroczniejszych momentach. Wyciąga do mnie rękę, a ja wciąż się waham. Czy może mi obiecać, że nic już nie będę czuła? Czy zapewni mi utratę pamięci tego życia? Czy wymaże pragnienia serca i rozumu?  Krzywi się na moje poczucie obowiązku. Bo jak to tak można oddać się jej bez niczego, kiedy mam jeszcze tyle do zrobienia? I ulubiona kawa jeszcze leży w szafce, tyle prania w koszu i niezrobione zakupy. Jeszcze jakieś obiecane spotkania, niedopowiedziane rozmowy, nieumyty kubek po herbacie. Jeszcze czasem poruszy serce jakaś nierozsądna d...

Piękna i doskonała

Tam, gdzie szerokie ramiona  Zbiegają się łukiem do mostka Tam kończy się mój ból, Mój strach, przerażenie i troska. Tam, gdzie pulsują skronie Pod ust delikatną powłoką  Tam jest moje zacisze Osłonięte warownią wysoką. Tam, gdzie plecy szerokie Wprawiają w ruch wszystkie mięśnie, Tam chcą spoczywać me piersi W pięknym, bezpiecznym półśnie. Tam, gdzie na dłoni szorstkość Odbija się echem wysiłku, Chce leżeć dłoń moja brzydka Jak w cichym, bezpiecznym przytułku. Tam, gdzie się niebo odbija Błękitem, szarością i blaskiem, Tam łamie się kra Mojej niewiary z trzaskiem. Tam, gdzie mnie zapach otula piżmowym, mdłym aromatem, Tam moja kobiecość się staje Erotycznym wręcz poematem. Czuć pocałunek na ustach Dotyk, co pieści ciało, To czuć, że się jest przez minutę Piękną i doskonałą.

Tęsknię....

 Nic nie boli tak, jak brak Ciebie. Niczego nie słychać bardziej jak ciszy tam, gdzie serce chciałoby usłyszeć Twój głos.  Dziś tęsknię bardziej niż w inne dni. Moje łzy palą bardziej, mój smutek nie znalazł dziś granic.  Ciekawa jestem co robisz? Czy w ciche niedzielne popołudnie siedzisz pogrążona w myślach, pogwizdując cicho i kreśląc wzory łyżeczką na blacie? Zanurzona we wspomnienia o latach młodości, czasach radości i uśmiechu. Czy w tym pięknym domu siedzicie wszyscy razem śmiejąc się z opowiadanych historii? Czy słuchasz właśnie czyjejś opowieści, potakując głową ze zrozumieniem?  Wiesz, ja tego dziś też potrzebuję. Wspólnej kawy przy kuchennym stole, w ciszy, ze wzorami malowanymi łyżeczką na ceracie. Widoku Twoich powykrzywianych palcy, wydatnych żył na dłoni, dźwięku Twojego astmatycznego oddechu. Spokoju, jaki ten widok wlewał w moje serce. Rozmowy z Tobą, pełnej akceptacji i bez oceniania, chociaż pewnie nie zrozumiesz moich śmiesznych problemów. Wiesz, ...

Spowiedź narkomanki

 To już trzy i pół roku mojej świadomej walki w chorobą zwanej depresja. Połączonej z domieszką nerwicy, lęków i zespołu stresu pourazowego. Dla jasności dodam, że urazem była praca.  Piszę świadomej, bo walka, nierówna, trwała od dawna, często niezauważona przez otoczenie i bagatelizowana przeze mnie. Standardowe opinie na temat braku realnych problemów, wymyślania i wyolbrzymiania pominę, bo nie o tym dziś.  W walce pomagały mi leki, różne, w różnych dawkach, terapie, rozmowy.  Często słyszę pytanie, czy Ty musisz być na tych tabletkach. Przecież dobrze się czujesz. Przecież nie chodzisz smutna. Przecież po Tobie nie widać. Przecież już Ci chyba pomogły.  Z własnej, niestety, głupoty i zapominalstwa mam wątpliwą przyjemność wyjrzeć na kilka dni z nory zwanej farmakologia do surowego świata. Co dzieje się z osobą, która pozbawiona stałej i codziennej dawki związków chemicznych traci kontrolę nad swoim poziomem serotoniny? Zawroty głowy. Jeden z bardziej namacal...

Małe skarby

 Ona już się dziś nie obudziła. A ja tak. Jednak.  Potrafię słyszeć. Ptaki z najwyższej gałęzi drzewa, muzykę w radio, brzmienie głosów, ich barwę i tonację, szum wody w potoku, gwizd wiatru w kominie. Śmiech dzieci.  Potrafię widzieć. Czytać książki, patrzeć w oczy. Zachwycać się zachodami słońca i wypatrywać gwiazd w ciemnościach. Oglądać filmy i obrazy. Zauważać małe rzeczy i piękno świata. Dostrzegać kolory i barwy światła.  Dotykam. Czuję łaskotanie mokrej od rosy trawy w czerwcowy poranek. Miękkość włosów moich dzieci. Delikatność kaszmirowego szala. Ciepły oddech psa. Ulotność przesypującego się między palcami piasku.  Smakuję. Soczyste truskawki w środku sezonu, dojrzałe czereśnie. Świeżo pieczony chleb z masłem. Słodycz czekolady rozpływającej się w ustach. Smak ust i rozgrzanej słońcem skóry.  Czuję. Ulubione perfumy. Zapach włosów na poduszce. Wysuszone na słońcu pranie. Zapach wiosennej ziemi, bzów i kwitnącej lipy. Psiego futerka. Zimowej świec...

Marzenia

 Nie rozumiem dlaczego ktoś stworzył marzenia. Małe krople goryczy jątrzące obumarłą duszę. Ciche opowieści z innego świata szeleszczące w skroniach jak przewracane kartki książki. Małe bursztynki o ciepłym odcieniu w odmętach morskich śmieci. Zastygłe w pamięci ciepłe promienie słońca rozlane na skrywane tęsknoty i żale. Wśród nich te najprostsze i całkiem nierealne. Mienią się barwami jak w kalejdoskopie. Łechcą dziką próżność i pierwotne żądze. Podsycane frazesami. Marzenia są po to, aby je spełniać. Nawet mały płomień może spowodować pożar. Mój mały samotny płomień gaśnie po jakimś czasie. Serce wypalone tęsknotą za nieosiągalnym, umysł zmęczony powtarzającymi się wizjami. Już nie ma siły na szybszy oddech, już nie ma czasu na oczekiwania. I tak, pada kolejny bastion wyobraźni. Zostawia po sobie gruzowisko wstydu, skąpane w kurzu zarozumialstwa. Wylewa się kroplą przegranej, paląc ze wstydu policzek. Zamykam oczy i buduję od nowa. Na fundamencie braku i tęsknoty. Stawiam zamek ...

Spis rzeczy nieulubionych

 Włosy wprawdzie kręcone, ale w wiecznym nieładzie braku dbałości o ich naturalne potrzeby. Kilka pięknych skrętów i tysiące wymykających się kosmyków. Kilka jasnych pasemek pamiętających ostatnia wizytę u fryzjera grubo ponad rok temu. Brwi zupełnie bez żadnego wyrazu, a próby jego nadania kończą się wyglądem zdziwienia lub zdenerwowania.  Oczy niegdyś piękniejsze, dziś już mocno opada powieka i błysk nie lśni tak pięknie jak kiedyś.  Twarz zbyt okrągła, za dużo podbródków, a przecież jeden by zupełnie wystarczył.  Piersi rozciągnięte morderczymi lekami i życiodajnym mlekiem. Ciężkie, opadają w dół jak każe fizyka. Utrzymane w ryzach odsłaniają przedwczesne zmarszczki na dekolcie.  Ramiona już w geście rezygnacji zwieszone w dół bez żadnej nadziei.  Brzuch ciężarnej w ostatnim miesiącu. Zupełnie płaskie pośladki bez krzty seksualności w ich nijakim kształcie. Wałki nad kolanami, które nie wiadomo kiedy się tam pojawiły. Opuchnięte kostki, które zauważa naw...

JA

 Nauczona kiedyś ślepego posłuszeństwa idę za głosem innych. Zwolniona z obowiązku posiadania własnego zdania nie oceniam i nie sądzę nic i na żaden temat. Ubrana w oczekiwania grzeczności najlepiej mi w przybieranych rolach i zakładanych maskach. Pławiona w luksusie cudzych decyzji swoje podejmuję dla poklasku lub na przekór. Przyzwyczajona nie widzieć, nie słyszeć i nie pamiętać uczyniłam z tego swoją drugą naturę. Zraniona kłamstwem atakuję jedynym znanym mi orężem. Oswojona obietnicami bez pokrycia słucham nieufnie kolejnych zapewnień.  Zaczarowana książkowym światem magii i romansów przeżywam życie w wyobraźni, z trudem wracając do rzeczywistości. Znienawidzona przez wszystkie lustra tęsknię do własnego obrazu w filtrze zachwytu. Pokonana w bitwie wybieram ucieczkę. Uwiedziona pieszczotą wiatru na policzkach duszę się w klimatyzacji. Zakochana w zieleni drzew i błękicie nieba nienawidzę pokojowej bieli i byle jakich beżów. Najbardziej kapryśna kochanka słońca tęsknię czas...

Z okazji dnia babci i dziadka

 Jej wieczorna modlitwa była cicha i pokorna jak ona cała. Szeptana cichutko, jakby szeptane słowa pomagały się skupić i nie pomylić. Przerywana od czasu do czasu astmatyczny kaszlem. Codzienna, cierpliwa, pamiętająca o wszystkich. Na starym, plastikowym różańcu w kolorze różowym. Trzymała go w swoich spracowanych, szorstkich dłoniach obracając między palcami każdy koralik. Słyszałam ją nieraz przychodząc w przerwie między stronami lektury, żeby zrobić sobie herbaty. Ich mieszkanie pachniało jeszcze ciepłą płytą z pieca, wieczorną herbatą i szarym mydłem. Ciche i przytulne, z tą jej codzienną modlitwą. Była cała dla nas. Od rana w służbie wszystkim dokoła. Szykowała dziadkowi śniadanie i herbatę o temperaturze w sam raz do picia. Chodziła do zwierząt i się nimi zajmowała. Szykowała nam wszystkim obiady, pilnując godzin naszych powrotów. Częstowała łakociami, pytała co słychać, piekła pączki na tłusty czwartek. Opowiadała najlepsze bajki. Wiecznie czymś zajęta, w wolnej chwili lubił...

Wiedźma

 Wiedźmą się nie bywa. Wiedźmą się jest. Wiedźmą się rodzisz. Czujesz, że jesteś częścią natury, od najmłodszych lat. Zachwyca Cię kropelka wody na misternej pajęczynie wrześniowym rankiem. Najlepiej czujesz się w lesie, który masz zaraz za płotem. Uciekasz tam szukając ciszy, śladów zwierząt, zapachu żywicy, szumu liści. Po kilkunastu minutach odnajdujesz siebie - brakujący puzel w naturalnej układance życia i śmierci. Kochasz las w każdą porę roku, wiosenne pierwsze źdźbła zielonej trawy, letnie duszne popołudnia o smaku dojrzałych malin, jesienny zapach i szum liści oraz zimowe skrzypienie mroźnego śniegu. Czujesz więcej niż inni. Więcej zapachów, ale nie tylko. Odbierasz niewyczuwalne dla innych rezonujące w powietrzu nastroje, napięcia, niewypowiedziane pretensje, żale i pragnienia. Po prostu wiesz "co się święci". Zanim zdajesz sobie z tego sprawę, mija ze trzydzieści lat. A potem pytasz znajomych "co się stało" a oni odpowiadają Ci o swoich problemach bardzie...