Wiecie, że kiedyś lampek się nie wyrzucało? Naprawiało się, naprawdę. Wcale nie tak dawno temu. Zazwyczaj kilka dni przed Wigilią. Tata siadał z papierosem w ustach, kawą na taborecie, noga na nogę założył i najpierw delikatnie rozplątywał gąszcz kabelków a potem sprawdzał, dlaczego nie świecą. Zawsze nie świeciły. Pół biedy, jeśli to był komplet od babci, z żarówkami imitującymi świeczki. Wykręcało się taką, sprawdzało na płaskiej baterii (tata mnie uczył jak) i ewentualnie wymieniało. Pamiętam, że można było kupić zapasowe na targu. Te żarówki z gwintem i takie maleńkie z dwoma drucikami. Te drugie były do "nowoczesnych" lampek. Drobne, delikatne, można ich było mieć w komplecie ponad setkę. Jak taki komplet się zepsuł, po rozplątaniu tata siedział i wyciągał co którąś lampkę i sprawdzał, czy w obwodzie jest prąd. Dopóki był, lampi były sprawne (wtedy dowiedziałam się, co to połączenie szeregowe a co równoległe), a jak nagle zniknął tata wyjmował każdą (!) i sprawdzał na ...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/