Przejdź do głównej zawartości

świąteczne wspomnienia

 Wiecie, że kiedyś lampek się nie wyrzucało? Naprawiało się, naprawdę. Wcale nie tak dawno temu. Zazwyczaj kilka dni przed Wigilią. Tata siadał z papierosem w ustach, kawą na taborecie, noga na nogę założył i najpierw delikatnie rozplątywał gąszcz kabelków a potem sprawdzał, dlaczego nie świecą. Zawsze nie świeciły.  Pół biedy, jeśli to był komplet od babci, z żarówkami imitującymi świeczki. Wykręcało się taką, sprawdzało na płaskiej baterii (tata mnie uczył jak) i ewentualnie wymieniało. Pamiętam, że można było kupić zapasowe na targu. Te żarówki z gwintem i takie maleńkie z dwoma drucikami. Te drugie były do "nowoczesnych" lampek. Drobne, delikatne, można ich było mieć w komplecie ponad setkę. Jak taki komplet się zepsuł, po rozplątaniu tata siedział i wyciągał co którąś lampkę i sprawdzał, czy w obwodzie jest prąd. Dopóki był, lampi były sprawne (wtedy dowiedziałam się, co to połączenie szeregowe a co równoległe), a jak nagle zniknął tata wyjmował każdą (!) i sprawdzał na baterii czy świeci. Zepsute wymieniał, a to też nie było łatwe, bo się okazywało, że z każdym rokiem tata ma coraz krótsze ręce w odniesieniu do potrzeby oczu i nie tak łatwo wcelować dwa druciki w dwa maleńkie otwory. Nigdy nie narzekał, nie przeklinał, czasem tylko ciężko wzdychał, a w tym westchnieniu było zaklęte tysiąc słów.... Czasem okazywało się, że w jakiejś żaróweczce ułamał się drucik, czasem kabel był po prostu przepalony, ale nigdy nie poddawaliśmy się bez walki. Gdy oczami pamięci wracam do tych momentów, widzę tatę pochylonego nad lampkami, mamę stojącą przy piecu, zaparowane okna, białe podwórko, czuję zapach obiadu, bo chyba najczęściej lampki szykowaliśmy w niedzielę, kiedy tata miał wolny czas. Gdy byłam mała, tata ustawiał choinkę, wieszał lampki i bombki. Ostrożnie, bo wtedy były głównie takie szklane, tłukące się. Można się było w nich przejrzeć, pięknie odbijały się w nich światełka. Mama zawsze wparowała ze swoją watą, imitującą śnieg i zakrywająca dziury w lichej choince i pamiętna "lameta" czyli tzw. anielskie włosy, których powodu wieszania na choince do dziś nie rozumiem. Na szczycie była srebrna gwiazda składana z dwóch części.  Kiedy pewnego roku rodzice kupili nową choinkę, piękną, gęstą, wywalczyłyśmy z mamą, że wata i anielskie włosy odchodzą do lamusa. Modne zaczęły być łańcuchy, więc pamiętam, że jednego roku na przedświątecznych zakupach w "oszą" mam kupiła taki gruby, czerwony. Piękny. Wisiały też czasem robione przeze mnie i siostry papierowe łańcuchy. Uwielbiałam przez świąteczny i noworoczny czas po prostu siedzieć przy tej choince. Patrzeć na jej błyszczące ozdoby, światełka, dać się jej zaczarować.

Z wiekiem zaczęłam też przygotowywać ozdoby na stół, stroiki. Podpatrzyłam u jednej czy drugiej koleżanki, zaczęłam sama robić. Dodatkowa serwetka na stole, ozdobiony kieliszek, niby niewiele, ale cieszyłam się na te małe zmiany. Zaczęłam jeszcze w domu, kultywuję do dziś. Tata czasem marudził, że mu coś podczas jedzenie wystaje, kole w oko, włazi do ust jak pije wino, ale gałązki świerku na kieliszku musiały być, co z tego, że były nieporęczne. Miałam czasem pomysły na ładne dekoracje, ale nie przewidywały niczego innego na stole, zwłaszcza jedzenia. Do dziś mam żal, że na ten pięknie przygotowany stół muszę jeszcze postawić jakieś naczynia z jedzeniem...

Z prezentami zaś bywało tak, że dostawałyśmy trochę słodyczy, owoce, nowe kapcie, pidżamy, jakieś ubrania, ale jednego roku pamiętam, że dostałyśmy lalki Barbie, ja osobiście syrenkę, z pięknym, srebrnym, mieniącym się ogonem. Dostałam też od babci zielone wydanie "Ani z Zielonego Wzgórza". Było skromnie, ale zawsze coś było i nigdy nie wiedziałyśmy co. 

Różne były te wszystkie lata. Jedne pogodne, z bieganiem na dół do babci i z powrotem na górę co chwila z czym innym. Z wesołymi odwiedzinami w samą Wigilię jeszcze, z kolędowaniem do późna w noc, z Pasterką w śniegu, uśmiechem na ustach. Były tez trudne lata, kiedy łza się błąkała pod powieką, kiedy nawet choinka wydawała się szara i smutna. Pełne złości do najbliższych za ich błędy i wady. Dziś przy stole już inni ludzie, kolejne pokolenia, a ja marzę o powrocie do tamtych wieczerzy, tamtej choinki i tamtych ludzi. Choć na chwilę, na raz.

Puste miejsce przy stole zapełni się myślami o tych, którzy kiedyś je zajmowali, a których nie ma już wśród  nas. Zawsze ten radosny czas narodzin sprzyja refleksji nad przemijaniem i upływającym czasem. Wspominam tych, którzy nauczyli mnie tradycji i zwyczajów, sama tworzę własne i spoglądam na dzieci, które z całego tego bagażu doświadczeń, historii i kultury wybiorą kiedyś coś dla siebie... Mam nadzieję, że tez będą z nostalgią wspominać swoje święta z dzieciństwa...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...