W naszym ogrodzie stoi stara brzoskwinia. Kilka lat temu pełna zielonych błyszczących liści uginała się od ciężaru owoców. Pamiętam, jak z okrągłym brzuchem zbierałam je, obierałam i robiłam sok z myślą o małym Rysiu, którego miałam lada chwila urodzić. Jednego roku owoce były tak duże i piękne jak te na sklepowych półkach. Zajadałam się nimi zamiast śniadania i kolacji. Pewnego roku obsypała się różowymi kwiatami, po czym zrzuciła wszystko z siebie i od tego czasu stoi naga, jakby bezużyteczna, niezdolna rodzić, a jej popękana, łuszcząca się kora nawet nie czyni z niej ozdoby ogrodu. Stoi jednak nadal. Biedna starowinka użycza swoich gałęzi wiszącym doniczkom z kwiatami, jest drapakiem dla kotów i podporą dla dzikiej sadzonki bluszczu. Nieopodal szumią pełne młodzieńczego wigoru drzewa czereśni i śliwy, które jednak dopiero uczą się radzić sobie z porywistym wiatrem, zimowymi mrozami i kapryśna pogodą. Nie mam serca jej wyciąć, zlikwidować, pozbawić naszego otoczenia jej wi...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/