Zobaczyłam Ją kroczącą cmentarnym chodnikiem, zaskoczona, że moje myśli o Niej w ostatnich dniach postawiły Ją w końcu na mojej drodze. Ogromna radość, bo nigdy jej tutaj nie widziałam, i zaskoczenie, jak bardzo przypomina siebie z moich szkolnych czasów.
Minęło przecież prawie 25 lat, a ona wyglądała jak wtedy na środku sali lekcyjnej. Filigranowa, szczupła, dostojna. Wyprostowana sylwetka i głowa dumnie uniesiona. Kolorowe buty na niewielkim obcasie, chociaż wydaje mi się, że nosiła większy. I zawsze piękne, szczupłe kostki, które Bóg jeden wie, dlaczego, tak bardzo rzuciły mi się w oczy.
Oczywiście spódnica. Tym razem lekki, niebieski odcień z nadrukiem. Z tego była znana. Z tych falbaniastych spódnic, kolorowych, żywych, współgrających z Jej temperamentem. Do tego zawsze żakiecik, kamizelka, cokolwiek. Nigdy oczywiste, pospolite, jak u innych. Dzisiaj też, żakiecik z fuksjowymi klapami i narzuconą chustą. Włosy przycięte jak kiedyś, na krótko, chociaż trochę ich mniej, za to wciąż rude. Szminka wyrazista, jak zawsze, kiedyś chyba czerwona, dziś, pod kolor - fuksja.
Uśmiecha się, jak kiedyś, jest miła i profesjonalna, jak zawsze. Trzyma dystans, dłonie splecione z przodu. Nie poznaje mnie, nie mam żalu, nie sposób tyle zapamiętać. Zwracam się per profesor, nie wyobrażam sobie inaczej. Znowu staję przed Nią pełna tremy i zdenerwowania, oczarowana Jej charyzmą i aurą szacunku, którą roztacza. Dziękuje za pytanie, Ona już na emeryturze, no bo to prawie 70 lat. Moje zdziwienie jest szczere, zwłaszcza patrząc na jej gładką twarz i bystre oczy. Jakby tylko dla mnie miało minąć to ćwierćwiecze. Jakbym spodziewała się spotkać ją żywcem wyjętą z mojego wspomnienia, mówiącą, co akurat powinnam wiedzieć, budzona nocą o drugiej godzinie. Sądzę, że gdyby dzisiaj, na tej alejce cmentarnej, oświadczyła że powinnam coś zapamiętać tak właśnie, to już bym to wkuwała na blachę. Zawsze tak mówiła o czymś ważnym i ja do dziś pamiętam tabliczkę mnożenia, i kwadraty, i sześciany, i tylko ja wiem ile mi to ułatwiło później w liceum. Nigdy nie krzyczała, że mamy być cicho. To Ona zaczynała mówić coraz ciszej. Sami zaczynaliśmy uciszać "szeptaczy", bo z Nią nie było żartów. Była zawsze uśmiechnięta, ale surowa i nieustępliwa. Pamiętam, że mieliśmy z Nią kiedyś zastępstwo na polskim i dyktowała nam dyktando. Oczarowała nas dykcją, interpretacją i umiejętnością czytania rz i ż w inny sposób. Chyba nigdy wcześniej i później nie poszło nam tak świetnie. Prawdziwy pedagog, mądra, inteligentna, piękna w tych swoich strojach, jak kolorowy ptak. Dla mnie kwintesencja profesora. Mówi mi dzisiaj, że ze zdrowiem ostatnio gorzej, ale wychodzi na prostą. A ja myślę tylko: Boże nie zabierają Jej jeszcze. Jest tyle ludzi, którzy powinni Ją poznać, którzy powinni otrzymać od niej lekcję. Klasy, szyku, godności, dostojeństwa. Może to wielkie słowo, ale chyba najlepiej Ją określa - dostojna. Życzę Jej wszystkiego, co najlepsze, Ona mi również. Odchodzę szczęśliwa, że Ją spotkałam, smutna, że nie trwało to dłużej.
Z samochodu widzę Jej wyprostowaną sylwetkę, jak kroczy dumnie cmentarną alejką.
Komentarze
Prześlij komentarz