Spoglądam w lustro i nie wiem do końca, czy po prostu jej nie lubię, czy to już raczej jawne obrzydzenie tamtą, która na mnie spogląda. Nienawidzę jej. Podstarzała, zaniedbana, bez ambicji. Jestem na nią zła, za te starzejące się oczy, o których za chwilę nikt już nie powie, że piękne. Krzywe kreski, ledwie maźnięte rzęsy, brwi raz są, a raz ich nie ma. I jakieś ostre spojrzenie, całkiem nie moje i nie pasujące do mnie. I te kolejne podbródki, zero kształtu, brak rysów i wyrazu.
Przegapione trzydzieści kilo, zaniedbane piersi obwisłe, dawno już bezużyteczne, fałdki, oponki i przygarbione plecy. Brak chęci, motywacji, wysiłku. Wszystko w głowie a nic naprawdę.
Te zapomniane pomysły, zrywy nagłe, przebrzmiałe, po których jej został niesmak i żal. Wymyślić, nie zrobić, zapomnieć, zepchnąć w otchłań najdalszą.
Smutek, smutek i wiecznie ten smutek... Co z tego, że uśmiech, co z tego, że zabawnie. Zawsze ten cierń, kolec, nic mi się nie chce i znowu to życie. Wstać, połknąć, wypić, zjeść, zadzwonić, załatwić, zrobić, odhaczyć, uciec w sen.
Obietnice samej sobie złożone, żadnej nie dotrzymała, machnęła ręką, poddała się bez startu, oddała walkę. Majaczą przed oczami gdy tylko je przymknie na moment.
Chodzące zero, lgnie do innych, zachwyca się cudzym i oszukuje siebie, że też tak może. Być taką samą, podobną, na wzór. Nigdy sobą, bo się wstydzi. Szuka, wciąż szuka, nic nie znajduje, ucieka od roli do roli, od maski do maski.
Głupia, leniwa i tak jej życie przecieka przez palce. Patrzy w klepsydrę i płacze z żalu. Znów smutek. Uciec do książek, zasnąć, wyśnić, pożyć gdzieś indziej, udawać że się czuje.
Stłuc lustro nic nie da, ona nie zniknie, wciąż będzie tutaj. Oblepia mnie strach, za gardło ściska przerażenie. Nie pozbędę się jej, już zawsze będzie, zostanie, zniszczy mnie, zdepcze, zepchnie gdzieś na margines. I tak ciągle, aż upomni się o nas wieczny sen i zaśniemy obie, ona zmęczona, ja stojąca ciągle w kolejce do życia....
Komentarze
Prześlij komentarz