Kiedyś to grudzień pachniał mroźnym powiewem zimowego chłodu, który wkraczał do domu z każdym wchodzącym. Orzeźwiający, z czerwonymi policzkami i zimnymi dłońmi. Uciekający szybko, gdy go ogrzać nad blachą węglowego pieca. Schowany w grubym waciaku i gumofilcach. Potrafił wniknąć w człowieka do środka, ale szybko przepędzała go malinowa herbatka.
Pachniał kiedyś rozgrzanym, węglowym piecem. Ta mieszanka gorącego metalu, palonego drewna, gotującej się wody i obiadu ogrzewa do dziś moje serce. Zawsze można było się ogrzać, przysiadając na ryczce obok. Zawsze można było zrobić coś ciepłego do picia. A i jedzenie smakowało inaczej, gdy je przyrządzano na żywym ogniu.
Pachniał żywicą sosnowych i świerkowych gałęzi. Przynosił je dziadek przed samymi świętami, żeby ozdobić dom. I żywa choinka. Zawsze sosna. I kawałki drewna za piecem, które schnąc wydzielały żywiczny zapach.
Pachniał pomarańczami i mandarynkami. Tryskającymi sokiem, słodkimi, które dostawaliśmy w paczce na Mikołaja i nikt nie miał o to pretensji.
Pachniał kadzidłem codziennych rorat, na które chodziło się pieszo, rankiem, w zupełnych ciemnościach, w śniegu i zimnie, dość daleko, ale z radością. Bo nigdy więcej w ciągu roku (poza Wielką Sobotą) msza nie zaczynała się po ciemku, a losowanie nagród za serduszka i dobre odpowiedzi to było coś!
Pachniał cifem. Bo cifem szorowało się wszystko, co powinno być czyste z okazji świąt. A więc drzwi, malowane na biało, z których cif ścierał warstwę ochronną, ramy okien, z tym samym skutkiem, góry wiszących szafek, o których nagle nam się przypominało właśnie wtedy, przed świętami, kiedy trzeba było ściągnąć stamtąd puszki na ciastka. Szorowało się też piec, ale tak porządnie, wraz z wszystkimi cyferkami i oznaczeniami. Panele wokół pieca też, pozbawiając ich oryginalnych maziaji. Ma być czysto i żaden producent paneli PVC nie będzie swoimi wzorkami pluł nam w spoconą twarz. Co nieco dojechało się domestosem i już. Poza tym myło się boazerię na sieni i meblościanki i kryształy, które regularnie dekompletowałam. Pachniało też świeżymi firankami i świeżą pościelą.
Poza tym grudzień pachnie najpiękniej w ciągu roku w kuchni. Piernikami, bakaliami, grzybami, rybką, u nas też bigosem bo mama zawsze robiła. Grudniowa kuchnia to też na szybko robione placki na kefirze z domową marmoladą, które w inne pory roku nie smakowały tak dobrze. I zupa z lanym ciastem, domowa kiszona kapusta. Jajka rzadko, bo przecież zimno, kury nie niosą, a to, co zniosą to trzeba zostawić. Na święta, wiadomo.
I pachniał ciepłem. Takim domowym. Takim, który na jeden miesiąc w roku udaje, że wszystko jest w porządku, problemy nas nie dotyczą, i że będziemy tu wiecznie....
Komentarze
Prześlij komentarz