To był świetny plan. W zasadzie nie było w nim punktów, które mogłyby się nie powieść, nie licząc wypadków losowych. Starannie zaplanowana droga, trasa i dzień dla siebie. Żądna samotności, spacerów i zmiany otoczenia zaplanowałam niedzielny wyjazd do Ustronia celem podziwiania widoków podczas spacerku wokół miasta, wytyczoną trasą. Podług wszelkich przewodników trasa widokowa jak sama nazwa wskazuje miała cieszyć oczy i nie męczyć zbytnio turysty, bowiem zakwalifikowana została jako łatwa.
Niedziela zaczęła się chłodnym i chmurnym porankiem, który obiecywał mi zakładane 25 stopni przy "całkowitym lub umiarkowanym zachmurzeniu" jak wieścił dzień wcześniej mój guru pogodowy. Spoglądając w niebo, na prognozy i swoje krzywe nogi w lustrze odrzuciłam pomysł zabrania krótkich spodenek i wpakowałam swoje nadwagowe ciało w dżinsy i koszulkę.
Idealnie podjechałam na peron, pociąg przyjechał również idealnie, w Katowicach szybko znalazłam peron i tor przesiadki a z megafonu zrozumiałam nawet, że mój skład przyjedzie co do minuty zgodnie z planem.
Po półtorej godziny jazdy przywitałam skąpane w chmurach góry i duszny Ustroń. Szybko stwierdziłam, że spodnie wybrałam do bani, bo mi w nich ciepło. Opcja przycięcia nogawek była dość drastyczna, więc pocieszałam się, że pewnie na trasie wietrzyk mnie ochłodzi i przecież słońca nie ma.
Z każdą kolejną mijaną osobą, a im bliżej początku mojej trasy, tym było ich więcej, mój plan trasy widokowej, na której miałam oglądać głównie ludzi, przestawał mi się podobać. Usiadłam więc w kawiarni przy małej czarnej i zaczęłam zastanawiać się, na co zamienić pełną ludzi miejską trasę. W przypływie uderzenia górskiego powietrza wymyśliłam sobie wejście na Równicę, najbardziej popularny szczyt, z moją ulubioną karczmą z cudownym widokiem na okolicę. Google obiecywało mi dojście na miejsce w 1,5 godziny a trasa liczyła tylko 4 km. Urzeczona tym pomysłem zebrałam manatki i ruszyłam śmiało przed siebie.
Nie ma żadnych logicznych argumentów skłaniających amatora górskich wycieczek w trampkach i bez kondycji do rzucania się na kamienisty szlak ze stromymi podejściami, ale argumenty te dla mnie nie istniały, ponieważ nie sprawdziłam szlaku przed wyruszeniem. Mój początkowy zapał ostudziło - o ironio! - słońce, które szybko wytrąciło krople potu na moim czole, nosie, szyi, dekolcie i w każdym innym miejscu. Przekonana, że oddech czeka mnie w leśnym zasiszu parłam jednak do przodu. Sapiąc i dysząc doszłam do wyczekanej ściany lasu i coraz bardziej stromych, gliniasto-kamienistych odcinków trasy. O mojej kondycji świadczyć może, że z łatwością wyprzedzały mnie rodziny z małymi dziećmi, udające, że nie widzą mojej agonii. Gdzieś po jednej trzeciej trasy uznałam, że świetnym pomyslem mogło być zabranie zapasowej koszulki, bo ta, którą miałam wyglądała, jakbym ukradła ją z jakiegoś sznurka na pranie i to od razu po wywieszeniu. W uszach szumiało i nie był to płynący w jarze strumyk, a moja wzburzona nagłą nieprzewidzianą aktywnością krew. Obiecany czas dojścia dawno minął, a ja wypatrywałam na mapie ile jeszcze zostało.
Poddałam się po drugim potknięciu o wystające kamienie i spostrzeżeniu z jakiego pułapu schodzą zadowoleni turyści. Ani wizja piwa w karczmie, ani perspektywa dumy z wejścia na szczyt, ani obietnice zdrajcy i kłamcy Google Map że to już tylko kawałek, nie powstrzymało mnie przed zamaszystym zwrotem na pięcie i rozpoczęciu trzykilometrowej trasy w dół. Szybko uznałam, że nieźle sobie poradziłam wychodząc aż tak wysoko, chociaż marne to pocieszenie. Mijający mnie z naprzeciwka i z tego samego kierunku turyści witali się zwyczajowo z uśmiechem, drwiąc sobie w żywe oczy z mojej nieporadności, bo jaki tam on dobry, jak sobie zaszłam jedynie tam i z powrotem nie mając na koncie żadnego sukcesu poza uniknięciem śmierci. O mojej nierównej walce świadczyły jedynie plamy potu na koszulce, wypieki na policzkach i świszczący oddech. Pocieszeniem okazały się gratulacje złożone mi przez mój zegarek, że oto spełniłam już dzienną normę kroków, a przecież ile jeszcze przede mną.
Mijając pięćdziesiątego ósmego turystę wyposażonego w jeden, lub dla kompletu w dwa kijki uznałam rezolutnie, że za fiasko mojej wyprawy odpowiada brak takowych. Również przyroda beskidzka śmiejąc się w twarz mojemu spontanicznemu pomysłowi zdobywania górskich szczytów nie postawiła na mojej drodze żadnego wygodnego kijaszka. Tak rozmyślałam usprawiedliwiająco ocierając kolejną porcję perlistego potu, bo wprawdzie droga w dół jest o niebo przyjemniejsza i dalece mniej męcząca, jednak tylko do czasu, gdy wyjdzie się na osłonięta od drzew polanę. Na takiej właśnie słońce skupiło całą swoją moc na mojej rozpalonej twarzy krzycząc radośnie "ha ha ha i tu Cię mam!". Nie sposób opisać z jakimi trudami musi zmagać się człowiek na górskim szlaku....
Zmierzając spokojnie i bez pośpiechu w stronę centrum, zostawiając za sobą morderczą trasę, stwierdziłam nie bez żalu, że ta miłość do gór dość jest trudna i chyba pozostanie platoniczną , przynajmniej do momentu złapania lepszej kondycji.
Rozmyślania i przekroczony limit kroków kazały mi pomyśleć o posiłku. Pierwszy napotkany w cywilizowanym świecie asfaltowych dróg lokal dawał znać o sobie z daleka głośnymi i skocznymi dźwiękami weselno-tanecznej muzyki, bardziej przypominającej bawarskie imprezy niż góralski obiad. Minęłam je więc szerokim łukiem skrętu w lewo niosąc pełny pęcherz i pusty żołądek dalej.
Mnogość ludzi i palące słońce na bardzo nieumiarkowanym pod względem chmur niebie sprowadziły mnie w miejsce przyjemne pod tym względem, że posiada przytulne sale w piwnicach gdzie ani ludzi, ani słońca, a kamienie są tylko na ścianach.
W miłej dla ucha ciszy i zupełnej samotności mogę sobie podsumować zatem moją górska przygodę.
Czego by o niej nie powiedzieć bardzo się cieszę, że się odbyła.
P.S. Jakieś pomysły na sok z marchwi na dekolcie? Mogłam zabrać inną koszulkę jednak.....
Komentarze
Prześlij komentarz