Wiosna już pełną parą, więc jakoś też tak naturalnie wracam pamięcią do wiosen w mojej rodzinnej wsi, do naszego małego gospodarstwa, które przez sporą część czasu kręciło się wokół ziemniaków. Wiadomo, ważne były dla nas, ważne dla gawiedzi, dla sąsiadów, którzy czasem przychodzili po worek czy dwa. Kartofli musiało być dużo, musiały być swoje i musiały od zasadzenia dotrwać do wykopania. O tym wszystkim ta przydługawa historia. Dla dziadka punktem honoru było zapewnienie naszej rodzinie takiej ilości ziemniaków na jesień, żeby do pierwszych zbiorów nie trzeba było kupować. Wprawdzie najczęściej późną wiosną i tak kupowaliśmy już je na targu, a te które ewentualnie zostały – pomarszczone do granic przyzwoitości – zostawialiśmy zwierzętom. Czynników powodzenia było wiele, w tym zupełnie od nas niezależne, jak pogoda, ale dziadek przy udziale nas wszystkich dokładał wszelkich starań, aby zimą spać spokojnie. Pierwszym etapem po spokojnej zimie, było solidne odżywienie zaspanej i...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/