Pewna osoba powiedziała mi ostatnio, że chyba lubię zachody słońca, ponieważ często je fotografuję i wrzucam w internet.
Myślałam trochę nad tym stwierdzeniem i doszłam do wniosku, że wiele w nim prawdy.
Nie widziałam nigdy dwóch identycznych zachodów, chociaż krajobraz za oknem nie zmienia się codziennie, nie podróżuję, nie przeprowadzam się co chwila. A jednak każdy z nich był niepowtarzalny. Spektakl rozgrywający się na niebie przez zaledwie kilkanaście minut zachwyca za każdym razem. Paleta ciepłych barw od żółci, czerwieni przez róż i fiolet aż po zimny, bladoniebieski zenit i ciemniejący granatem wschodni horyzont. Do tego chmury, lub ich brak. Czasem puszyste obłoczki wylegujące się w ostatnich promieniach słońca, czasem masywniejsze, cięższe, szaro-bure, które zastygają na moment ogrzewając brzuchy w purpurowych promieniach. Nieraz pierzaste obłoczki ledwo widoczne na wysokim niebie złocące się pięknie. Bywają i potężne nabrzmiałe od deszczu przez które ledwie prześwitują ostatnie błyski. Bywa i bezchmurne idealne niebo na którym połyskują pierwsze gwiazdy niczym diamenty w kolii.
Widziałam już słońce wpadające w morską kąpiel, uciekające za wysokie góry, chowające się w wysokie tataraki mazurskich jezior. Ale najbardziej lubię to rozpływające się w polu pszenicy, schowane za wysoki komin elektrowni, lub prześwitujące przez drzewa lasu. Lubię to moje codzienne chowające się za dachy domów, fabryk, znajome i bezpieczne.
Lubię zachody za kres, który wyznaczają. Kres pracy, wysiłku, hałasu. Tkwi we mnie dziedzictwo wiejskich kobiet, którym słońce wyznaczało czas pracy i rytm życia. I chociaż daleko mi dziś do moich przodkiń, kiedy ubrana elegancko siadam za biurkiem w pracy, to moje serce wita każdy zmierzch uczuciem ukojenia. Zatrzymując się na chwilę, wpatrzona w ciepłe blaski słońca odczuwam wdzięczność za kolejny dzień i wszystko, co w nim było. Czuję wdzięczność za piękno, którego mogę doświadczać i witam z uśmiechem czas odpoczynku.
Ukształtowały mnie czasy dziecinne, kiedy zachodzące słońce oznaczało koniec pracy na gospodarstwie. Każdy zmierzał na miejsce spoczynku, babcia ostatni raz oporządzała zwierzęta, zamykano chlew, stodołę, kurnik. Opadał kurz i pył codziennych zajęć. Ustępował skwar i upał, można było odetchnąć. To był czas wspólnego siedzenia na ławce, oglądania "Dziennika", czasem gier i zabaw z siostrami. Każdy dzień kończył cichy różaniec babci.
Nawet ptaki cichną na chwilę. Nawet pies się przeciąga leniwie. Koty leniwie czekają na nocne łowy. Ustaje wiatr i cały świat jakby się na chwilę zatrzymał. Trzeba się zatrzymać, żeby dostrzec to ulotne piękno zachodów.
Komentarze
Prześlij komentarz