Nienawidzę tych łez... tych najbardziej niespodziewanych, po całym dniu szczerych i udawanych uśmiechów. Po tym, jak myślałam, że stoję na szczycie. Że potrafię być ponad to. Że gdzieś mała iskierka radości rozpaliła się w niewielki płomień. Po tym całym wmawianiu sobie że tak jest ok i będzie dobrze. Nagle wypełzają gdzieś z ciemnej głębi umysłu, dawno uśpionej, przysypanej świeżymi fotografiami wspomnień minionych miesięcy. Chowają się pod powiekami dając o sobie znać cichutko, prawie niezauważenie. Sączą się delikatnym strumieniem wprost do serca wnosząc zimno zwątpienia we wszystko i wszystkich. Pokrywają ołowiem moje ramiona ściągając je w dół bez wyraźnej przyczyny. Najgorzej, że wartkim strumieniem opanowują wszystkie zakamarki mojego umysłu. Świeżo zbudowaną podwalinę pewności siebie, początki fundamentu poczucia własnej wartości. Zmywają siłą tsunami i równają z ziemią. Ciche poczucie szczęścia zatruwają goryczą i bombardują milionem pytań zwątpienia. Chwilę spokoju duszy...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/