Przejdź do głównej zawartości

Z okazji dnia babci i dziadka

 Jej wieczorna modlitwa była cicha i pokorna jak ona cała. Szeptana cichutko, jakby szeptane słowa pomagały się skupić i nie pomylić. Przerywana od czasu do czasu astmatyczny kaszlem. Codzienna, cierpliwa, pamiętająca o wszystkich. Na starym, plastikowym różańcu w kolorze różowym. Trzymała go w swoich spracowanych, szorstkich dłoniach obracając między palcami każdy koralik. Słyszałam ją nieraz przychodząc w przerwie między stronami lektury, żeby zrobić sobie herbaty. Ich mieszkanie pachniało jeszcze ciepłą płytą z pieca, wieczorną herbatą i szarym mydłem. Ciche i przytulne, z tą jej codzienną modlitwą. Była cała dla nas. Od rana w służbie wszystkim dokoła. Szykowała dziadkowi śniadanie i herbatę o temperaturze w sam raz do picia. Chodziła do zwierząt i się nimi zajmowała. Szykowała nam wszystkim obiady, pilnując godzin naszych powrotów. Częstowała łakociami, pytała co słychać, piekła pączki na tłusty czwartek. Opowiadała najlepsze bajki. Wiecznie czymś zajęta, w wolnej chwili lubiła wspominać dzieciństwo i śpiewać piosenki. Przygarbiona od ciężkiej pracy była o głowę niższa ode mnie. Przytulałam ją czasem całując w czubek głowy, a ona śmiała się z tego serdecznie. Zatroskana o nas wszystkich, wszystkim chciała dogodzić. Kochana przez bliskich i znajomych, dla każdego miała zawsze dobre słowo. Nigdy nie stawiała siebie na pierwszym miejscu, ale nigdy też nie narzekała. Przynajmniej taka zachowała się w mojej pamięci, a myślę, że i w pamięci wielu ludzi.

Dziadek był inny. Apodyktyczny i wyniosły, wymagał dla siebie posłuszeństwa i szacunku. Ale na swój sposób przecież bardzo nas kochał. Zawsze pytał, czy chce coś zjeść, jakby miarą szczęścia był pełny żołądek. W czasach przedszkola chyba, gdy leżałam z nim po obiedzie dawał mi do czytania gazetę. Później pożyczał mi Detektywa i Łowca Polskiego do czytania. Pokazywał pracę na gospodarstwie wołając mnie do pomocy. Nauczył powozić konno. Czasem pochwalił, choć rzadko. Na swój sposób się martwił i troszczył, chociaż trzeba było sporo dobrej woli, aby to dostrzec. 

Pokazali mi jak blisko człowiek związany jest z naturą, jak wiele z niej czerpie i że jest jej częścią. Pokazali jak być częścią społeczności, jak w niej istnieć w zgodzie z innymi. Stworzyli dom z ogniem trzaskającym pod blachą, zapachem herbaty, pięcioma wydaniami wiadomości i czekoladą schowaną w pachnącej komodzie. Pokazali wartość pracy i rodziny. Nie zawsze było cudownie, nie zawsze była zgoda, ale zawsze był dom pełen ludzi, wrzawy, ciepła i głośnego trzaskania drzwiami. Bez mrugnięcia okiem przeniosła bym się do jednego z tamtych dni, usiadła z babcią koło pieca, gdzie suszyły się przemarznięte skarpety, gdzie pachniało żywicą przyniesione drewno, gdzie właśnie zagotowała się woda w czajniku, gdzie dziadek ogląda Agro Biznes, gdzie czas płynie wolno, spokojnie, bezpiecznie i cicho.....

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...