Przyciasne mi to życie, jak źle dobrany żakiet. Uwiera mnie i pije, ściska płuca w zbyt wąskim rozmiarze. Boję się, że gdy mocniej odetchnę, pęknie i rozpadnie się na kawałki. W głowie nagle pustka, echo odbija się od wysokiego sklepienia, na podłodze skrawki dawniejszej świetności, po kątach majaczą cudze wspomnienia. Ktoś mi je wmawia, tłumaczy, że moje, patrzę z ukosa i jakoś nie poznaję. Nic już nie wiem, nie potrafię sobie przypomnieć. Smutno mi jakoś na widok listka, który przedwcześnie opadł z brzoskwini. Smuci mnie jego czerwony kolor i zakończone tak nagle życie. Słońce mnie drażni swoją wesołością, swoim blaskiem, na który nie sposób patrzeć. Wdziera się do mnie przez najmniejszą szparę, łaskocze w stopy, ogrzewa ramiona i wybarwia włosy. Nie pyta zupełnie, czy ja mam ochotę. A ja wolę oglądać je nocą , w odbiciu miliarda gwiazd na nieboskłonie, w cichym księżycu sunącym po niebie. Przynajmniej tak mi się teraz wydaje, że wolę. Tak gdzieś napisałam i się tego trzymam. Łatwie...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/