W naszym ogrodzie stoi stara brzoskwinia. Kilka lat temu pełna zielonych błyszczących liści uginała się od ciężaru owoców. Pamiętam, jak z okrągłym brzuchem zbierałam je, obierałam i robiłam sok z myślą o małym Rysiu, którego miałam lada chwila urodzić. Jednego roku owoce były tak duże i piękne jak te na sklepowych półkach. Zajadałam się nimi zamiast śniadania i kolacji. Pewnego roku obsypała się różowymi kwiatami, po czym zrzuciła wszystko z siebie i od tego czasu stoi naga, jakby bezużyteczna, niezdolna rodzić, a jej popękana, łuszcząca się kora nawet nie czyni z niej ozdoby ogrodu. Stoi jednak nadal. Biedna starowinka użycza swoich gałęzi wiszącym doniczkom z kwiatami, jest drapakiem dla kotów i podporą dla dzikiej sadzonki bluszczu. Nieopodal szumią pełne młodzieńczego wigoru drzewa czereśni i śliwy, które jednak dopiero uczą się radzić sobie z porywistym wiatrem, zimowymi mrozami i kapryśna pogodą.
Nie mam serca jej wyciąć, zlikwidować, pozbawić naszego otoczenia jej widoku. Przypomina mi starych ludzi, w dawnych, wielopokoleniowych rodzinach. Nie byli już silni i sprawni, jak młodsze pokolenia. Ich poorana zmarszczkami skóra nie wyglądała pięknie. Czasem do niczego już się nie nadawali, byli jednak nieodzownym elementem obrazu każdego domu. Babcie w chustach, dziadkowie z fajką w ustach. Na ławeczkach, ryczkach, ubrani zawsze zbyt grubo do pogody. Przygarbieni, posiwiali, ze swoimi nieodłącznymi opowiastkami. Ich ramiona tuliły wnuki, ich wiedza i doświadczenie były podporą dla kolejnych pokoleń. Ostatni świadkowie dawnych czasów, zdezorientowani współczesnością. Za niczym już nie gonili i niczego nie oczekiwali.
Takich ich pamiętam, starzików, starki, których serca wrosły w tę ziemię. I takim widzę to moje drzewo, które od małej pestki zrośnięte z tą ziemią dostało na niej spokojną starość.
Komentarze
Prześlij komentarz