Jest lipiec 1997 roku. Pada, wciąż pada. W lesie jest kilkucentymetrowa warstwa wody. W piwnicy ciągle chodzi pompa. Ja, blada i przerażona, z trwogą słucham prognozy pogody i Dziadka złorzeczącego na wszystko. Boje się bardzo. Jakimś zbiegiem okoliczności zostaje na noc u Babci w łóżku. Na szczęście tyłem do okna, z wysokim wezgłowiem, zza którego nie widać błyskawic. Wpatruję się w piękny uśmiech Babci na ślubnym obrazie dziadków na ścianie naprzeciw. Usypia mnie kojące, czerwone światło nocnej lampki. Po jakimś czasie Babcia siada obok i szepce różaniec. Taki, który moim zdaniem ochrania cały nasz dom. Zima. Biała, puszysta, śnieżna i zimna. Dziadek prezentuje z dumą drewnianą, malowaną na zieloną bryczkę. Zrobił ją sam przy pomocy mojego Taty. Jest nieco toporna, ale nasza własna. Zabiera mnie z siostrami na piękną przejażdżkę lasem. Koń prycha i parska. Gałęzie nisko zwisające nad aleją co chwila uderzają nas w twarz. Trzęsie okrutnie. Jest pięknie. Słoneczne popołudnie, praw...
"Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" /J.Słowacki/