Przejdź do głównej zawartości

Posty

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...
Najnowsze posty

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...

Babcia Broncia kulinarnie

Babcia lubiła pasztet. Ale po kolei. Lepiej pamiętam śniadania dziadków z okresu letniego, kiedy nie chodziłam do szkoły i często im towarzyszyłam. Byłam też dostarczycielem porannych bułek trzy razy w tygodniu. Jeździłam po niego niedaleko, za las do sklepu. Pani Ela miała sklep, w którym można było zaopatrzyć się praktycznie we wszystko. W ladzie leżał też pasztecik, w bardzo apetycznym szarym kolorze, dobrze pieprzny i smarowny. Domowy ser z porządną ilością kminku. Kiełbasa śląska. Moja ulubiona chałwa ze Skawy. I masło tam było, nie za miliony, szampony do włosów, woda mineralna Ustronianka w szklanych butelkach i kolejka do drzwi. Pierwszy śniadanie jadł dziadek, zgodnie z niepisaną zasadą pierwszeństwa ustanowioną przez wielopokoleniowe różnice płciowe przekazywane z pokolenia na pokolenie. Babcia przygotowywała mu bułki w plasterkach, lub chleb, z masłem , słodką herbatę, ale taką nie za gorącą, żeby można było pić od razu głośno siorbiąc. Latem często pomidory bez skórek, poni...

Świąteczna pocztówka

 Pamiętam jedne piękne, białe święta. Gdzieś między 2001 a 2003 rokiem, chociaż ciężko mi powiedzieć który to był dokładnie rok. Wtedy jeszcze w domu pełnym ludzi. Ciepłym od kaloryferów i węglowego pieca u babci. W którym co jakiś czas słychać było potężne trzaśnięcie drzwiami, kiedy dziadek wychodził na podwórko, lub z niego wracał. Zawsze wpuszczał trochę rześkiego, zimowego powietrza do środka.  Mój pokój pełnił zaszczytną funkcję pokoju gościnnego, w którym rok rocznie odbywała się Wigilia. Stąd łóżko musiało zostać uprzątnięte, biurko uporządkowane, a moim zadaniem było udekorowanie stołu. Uzbrojona w tradycyjny obrus, żelazko i radio spędzałam kilka godzin na tym szykowaniu. Wpadając co chwila do babci na siku, herbatę, kawę, wodę do żelazka, łapałam kolejne zapachy odnotowując kolejne etapy przygotowań do świąt. Zupa rybna, moczka, kapusta, makówki, znowu rybna, ale już odcedzona, kompot z suszu, znowu makówki, parujące rybie głowy. Do tego dziadek z moją mamą zachwyca...

Prezentobranie

Pamiętam, kiedy dotarło do mnie, że Dzieciątko nie istnieje. To była moze druga lub trzecia klasa. Późno być może, ale jak można inaczej wytłumaczyć pojawiające się znienacka pod choinką prezenty w kolorowych świątecznych reklamówkach z dużego orzeskiego GS-u? Jak inaczej wytłumaczyć, że dostałam lalkę Barbie, moje siostry też, każda dostała swoją, a przecież mama milion razy powtarzała, że nie mamy za dużo pieniędzy? A taka lalka to pewnie kosztuje dużo. I nie widziałam jej w domie towarowym, a przecież to było centrum świata. Jak wytłumaczyć, że kapcie zawsze pasowały idealnie, że były pod choinką akurat wtedy, kiedy w starych wychodził już duży palec? Innego wytłumaczenia, niż wszechwiedzące Dzieciątko, które chyba rzeczywiście wszystko widzi, nie było.  Czar prysł, kiedy u babci pod choinką znalazłam książkę. Jeden z nielicznych niepraktycznych prezentów. Babcia wiedziała, że bardzo lubię czytać, ale Dzieciątko też mogło wiedzieć. Ale Dzieciątko nie potrafiło pisać tak jak babc...

Do D

Myślałam, że sobie poszłaś. Że odpuściłaś nareszcie. Z radości zrzuciłam zbroję, schowałam wszystkie bronie. Zaczęłam widzieć wyraźniej, więc czemu cię nie dostrzegłam? Chwilowy oddech pomyliłam z trwałym pokojem. Ukojenie ciszą rozproszyło uważność. A ty stałaś tuż obok. Nie czułam wbijanych w plecy szpilek. Nie bolały kąsania złośliwych uwag. Lekki śmiech zagłuszył twoje utyskiwania. Czasem mignęłaś mi w lustrze, grymasem twarzy na mój własny widok. Zmęczyłaś mnie kilka razy, gdy już chyba tylko udawałam. Pozwalałaś zachłysnąć się radością, żeby zalać żółcią serce na tygodnie. Nie dałaś za wygraną, odpoczęłaś tylko, przeładowałaś broń i atakujesz na nowo. Wiesz, że nie mam szans. Zanim sie zorientowałam, było już za późno. Szarpałaś sercem jak zwariowana maszyna. Budziłaś, za każdym głębszym sennym oddechem. Ściskałaś głowę imadłem strachu, bólu, cierpienia. Wpełzałaś w piersi i kłułaś strachem. Palilaś płuca zbyt szybkim oddechem. Widze Cię już wyraźnie, wściekłą, atakującą jak zra...