Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2019

Wizyta u szamana

Nie żebym wybierała się do niego specjalnie. Co to , to nie... Ma normalne polskie imię i nazwisko, przyjmuje w zwyczajnym gabinecie w przeciętnej przychodni. Nosi nawet biały fartuch i ma tytuł lekarza, specjalisty nadto. Wywołana po numerze, który czyni mnie jak najbardziej anonimową dla pozostałych oczekujących, weszłam do gabinetu. Przywitał mnie lekko siwiejący i mocno łysiejący pan w średnim wieku, na powitanie racząc mnie swoimi przemyśleniami na temat wyników wyborów do parlamentu. Wysłuchując wystudiowanej opinii zerkałam delikatnie na moją kartotekę, która jak na razie nie doczekała się otwarcia. Ostatecznie pan doktor zapytał z czym przychodzę. "Otóż boli mnie i tu kręgosłup i o tu ta kość biodrowa, dość mocno i długo. " Mój krótki opis okraszony był szczegółowym wskazaniem miejsc bólu. Pan zrobił minę pod tytułem "o nie takich bólach tu już słyszałem" i rozpoczął wywiad. Co Pani robi, czy coś podnosi, czy siedzi, czy chodzi. Ja opowiadałam o szczegół...

Cała ja

Złamane wieczne pióro, pięć pustych kałamarzy, wyczerpany papier. Jak zmieścić całego siebie w kilku akapitach? Gdzie zmieścić wielkie serce, ogromną pustkę, otchłań duszy? Jaki kolor atramentu dla złamanego serca? Jaka czcionka najlepsza na uśmiech? W ilu literach zmieścić niewypowiedziane szczęście? W ilu słowach zawrzeć wszystko co najgorsze? Którą twarz uwiecznić i jaką fryzurę? Do ilu błędów się przyznać, co lepiej przemilczeć? Ile laurek sobie wystawić? Kogo obwinić i za co dokładnie? Kogo obarczyć za to, co jest dzisiaj? Kto się już nie obroni? Piętno winy wypalone na załamanych rękach. Uśmiechy zaklęte w kilka drobnych zmarszczek. Przeczytane noce skrzywione na karku. Trzy życiowe pomyłki zabliźnione w ranach. Trudne noce bijące arytmicznym sercem. Wypłakane łzy w podkrążonych oczach. Wszystko co od biedy i od święta. Wszystko co zostało w środku i chce się wydostać. Jedna sprawdzona miłość i kilka porażek. Za małe mieszkanie i za wielkie ambicje. Za dużo...

Potrzebuję...

Potrzebuję odrobiny spokoju, jako antidotum na zwariowanie świata. Potrzebuję serca, które kocha mnie i moje słabości. Potrzebuję silnego ramienia, aby się wesprzeć, gdy powstaję z upadku. Potrzebuję szorstkiej dłoni, na której czas i praca złożyły autografy, aby moja dłoń nie chwytała brzytwy. Potrzebuję jasnych oczu, rozświetlających moje mroki. Potrzebuję mądrych słów w odpowiedzi na moje pytania. Potrzebuję cichego głosu, który rozleje się pieszczotą po moim sercu. Potrzebuję sennego oddechu, aby ukołysać skołatane nerwy. Potrzebuję ciepłej poduszki po drugiej stronie łóżka, aby mnie porwała nurtem ciepłych marzeń sennych. Potrzebuję ciasnoty w łóżku, aby przestać szukać swojego miejsca. Potrzebuję hałasu domu, aby cisza nie dźwięczała mi tak strasznie. Potrzebuję przyjaźni, aby móc wysłuchać. Potrzebuję kłótni, aby móc się wykrzyczeć. Potrzebuję ludzi, aby znowu stać się człowiekiem. Potrzebuję gwaru, aby zapragnąć ciszy. Potrzebuję samotności, aby moje łzy nikogo n...

ONA

ONA - wygląda zupełnie jak ja, ma gęste, kręcone włosy, korpulentna, wysoka. Trochę za duży nos, szare oczy, trochę niezgrabnie chodzi i często kopie w krawężniki. Chyba kiedyś nią byłam, tak mi się zdaje, kiedy miałam siłę dogonić jej tempo, towarzyszyć jej we wszystkim, wytrzymać z nią ciągle. Z czasem odpuściłam troszeczkę, potem jeszcze jedną i następną i tych troszeczek nazbierało się tyle, że teraz patrzę na nią z boku i cicho zazdroszczę. Tak trudno nią być. Zrywa się wcześnie z pierwszymi dźwiękami budzika, który do mojej świadomości trafia po piętnastu minutach wraz z snem o pysznym śniadaniu. Wstaje z uśmiechem, parzy sobie kawę, czesze włosy i robi makijaż. A ja z grymasem siadam na porcelanę i kombinuję, co można z rana sobie odpuścić, a co jest jednak niezbędnie konieczne. Biegnie z radością obudzić dzieci, a ja przeklinam szesnaście schodów na pierwsze piętro. Ma sto pomysłów na swoje śniadanie i co najmniej dwadzieścia na posiłek dla dzieci. Ja ciągle zajadam musli z jog...

Spowiedź

Urodziłam się zbyt późno. Tyle wiem na pewno. Ktoś pomylił roczniki, nazwiska, miejsca i czas. I tak przyszłam na świat , którego nie znoszę, z wartościami których nie wyznaję i ludźmi, którzy odchodzą zbyt szybko. Jestem trochę passé, z moim umiłowaniem domu, rodziny, wartości takich jak miłość, współczucie, sprawiedliwość i szacunek dla starszych. Zresztą, co do ostatniego, czuję się dobrze w ich towarzystwie, potrafię z nimi rozmawiać, tego wszystkiego nauczyła mnie babcia, tłumacząc świat i relacje z ludźmi. Wpajała mi najprostsze zasady, uczyła szacunku i cierpliwości. Zawsze powtarzała, że starość jest dobrą wymówką na wiele błędów. Dzieciństwo dobre, w końcu nie byłam dzieckiem patologicznych rodziców, raczej oddanych i może zbyt młodych na taką odpowiedzialność. Miałam kochających dziadków, którzy pokazywali mi świat, uczyli miłości do zwierząt, szacunku dla ziemi i dobra w najprostszej postaci. Zawsze inna, ale może nie dziwna. Zawsze kujon i zbyt nudna. Zawsze mądra, ale m...

Pani Jesień

Wstała rozespana, z opuchniętymi od kilkudniowego płaczu oczami, z potarganymi kasztanowymi włosami i rozejrzała się dookoła. Słońce wisi wysoko na czystym niebie, ktoś wyzbierał wszystkie grzyby z lasów, ptaki wesoło ćwierkają na ciągle zielonej leszczynie. Gdzieniegdzie pojedyncze drzewo w posępnym brązie informuje wszystkich, że jesień już nadeszła. Ona sama przez jakiś czas otulona ciężkimi chmurami płakała rzewnie nad odchodzącym latem. Opamiętana po jakimś miesiącu, przez natarczywe promienie ciepłego październikowego słońca, zdecydowała się wreszcie na swoje jesienne porządki. Rozgoniła ciężkie stalowe posłanie z chmur i zawołała na swego przyjaciela - wiatr. Ten, upojony szczęściem, nie może zdecydować w którą stronę chce mu się wiać, hula zatem na wszystkie strony z mocą, wymiatając zewsząd opadłe liście. Jesień zaczyna malować świat w najpiękniejsze kolory. Klon, który na pewno powinien być rodzaju żeńskiego, ten modny fircyk jak co roku nie może się zdecydować na jeden kol...

potwory

Wróciły. Podstępne, bezwstydne, sprytne maszkarony. Wyciągają swoje ogromne zakrzywione szpony, chwytają za gardło, trzymają długo, aż do utraty tchu. Wbijają kły w serce wysysając krew zmieszaną ze strachem i adrenaliną. Przychodzą nocą, kiedy jest się najbardziej bezbronnym. Poruszają się bezszelestnie, szybko, to jak wyglądają bardziej wyczuwam niż wiem na pewno. Buszują po mojej głowie przeszukując zakamarki mojej pamięci, nawet te których sama nie jestem świadoma. Wyławiają dawne wspomnienia, ludzi, przyjaciół, bliskich, kochanych. Mieszają wszystko w przeklętym kociołku dodając porcje strachu, śmierci, potu, łez... Ciskają we mnie jak w tarczę strzelniczą, za każdym razem trafiając w dziesiątkę. Bezradność snu mnie zniewala. Nie mogę wykonać żadnego ruchu a one robią, co chcą, każąc mi się przyglądać. Obrazy przesuwane przed oczami zostają już w głowie na zawsze. Nieodzownie i ostatecznie. Wszystko wszędzie porozsypywane, bałagan w całym archiwum, na środku sterta strzępków myśli...

A gdyby tak....

Zobaczyć słońce skąpane w Saharze Poczuć na twarzy chłód różowej mgły Zanurzyć stopy w lazurowej wodzie Wpleść we włosy równikowy pasat Powąchać kwiaty których u nas nie ma Zjeść słodką pomarańczę prosto z drzewa Przepłynąć jachtem kawałek oceanu Zmarznąć do kości na szczycie lodowca Przejść swobodnie pod brzuchem żyrafy Policzyć gwiazdy odbite w Ontario Odetchnąć powietrzem najczystszych lasów Jeździć na koniu po stepach Australii Spocić się na szlaku w Amazońskiej dżungli Posłuchać grzmotu ogromnego wodospadu Spędzić wieczór nad różowym jeziorem Zjeść śniadanie na toskańskim tarasie Rozpłynąć się w słodyczy bułgarskiego wina Odurzyć się zapachem angielskich wrzosowisk Poczuć drżenie na koncercie w Wiedniu Poznać bajecznie bogatego maharadżę Spojrzeć bez strachu w oczy kenijskiemu lwu Być wielkim tygrysem i przemierzyć tajgę Zamienić się w ptaka i szybować nad górami Rozpalić iskrę, która dawno zgasła Znaleźć krzemienie i wzniecić ogień Ogrzać od niego zam...

zegarek

"Nosi Pani zegarek na prawej ręce?" - zapytała pani zegarmistrz tonem najwyższego zdziwienia, jakbym była niespełna rozumu i pomyliła ręce. I chociaż przez kilka lat nie nosiłam zegarka ponieważ go nie posiadałam, to intuicyjnie i zgodnie z własnymi przekonaniami i przyzwyczajeniami założyłam jednak na prawą. Hmm... Ale dlaczego? Trudno powiedzieć. Zaczęłam chyba w szkole, już nie pamiętam, czy jeszcze w ogólniaku, czy już na studiach. Było to bardzo praktyczne. Podczas pisania notatek mogłam bez ostentacji sprawdzić godzinę. A bywało, że czasami dłużyły się w nieskończoność. Pamiętam z czasów studenckich, że profesorowie krzywym okiem patrzyli na studentów sprawdzających godzinę na wykładzie. Każdy z nich przekonany był o tym, że jego przedmiot jest najbardziej godzien zainteresowania studenckiej braci. Nasze zdanie w tym temacie było nieco inne, stąd niecierpliwe odliczanie do końca. Jeden z naszych profesorów, który miał z tysiąc lat albo więcej, szczególnie komentował spr...

urodziny

Doprawdy, nie mogę pojąć, jak do tego doszło... Parę miesięcy temu huśtałam się w naszym pierwszym domu na garażowej huśtawce, tata zajęty czymś ciężko wzdychał próbując uniknąć oberwania w głowę moimi nogami. A już zaraz była przeprowadzka, do babci i dziadka. Do rodzinnego domu mojej mamy. Nie tak dawno przecież jechałam na drewnianym wozie ciągnionym przez konia, na którym poustawiane były solidnie zabezpieczone kryształy i szkło, a między tym wszystkim ja, mająca pilnować, aby się to czasami nie potłukło.A teraz się rozglądam po moim trzecim z kolei domu i znajduje tylko dwa małe kryształowe kosze podarowane mi przez mamę. Chyba niedawno tata stawiał przepierzenie w naszej kuchni obijając je boazerią, prawie po ciemku, bo myśmy miały spać, chociaż uparcie zerkałyśmy spod koca na nowe odcinki "Policjantów z Miami". Dziś patrzę a w tym miejscu kuchnia od siostry i zabawki jej córki. Gdzieś zapodziała mi się ulubiona lalka, mój misio z którym chodziłam spać, cztery tomy ...

list do Taty

Tato! Mój syn uwielbia muzykę, wiesz? Zresztą ja też, tak jak Ty, kiedy mogę słucham radia. Zapytałam go dziś, czy mogę mu pokazać ulubiona muzykę dziadka. I wiesz co? Spodobało mu się. Dla mnie ich twórczość jest pamiątką po Tobie, słucham i myślę o Tobie i o tych chwilach w moim życiu kiedy ich słuchałeś. O Twoim wzruszeniu, które teraz i mnie ogarnia. Ja sama nie nauczyłam się grać, wiesz. Nie potrafię tak jak Ty, chociaż tak bardzo chciałeś. Gardziłeś nutami, a ja nawet z nimi nie potrafię. Kiedyś raz zagrałam na szkolnej uroczystości, pamiętasz? Powiedziałeś mi wtedy: „Jestem z ciebie dumny”, a ja pamiętam te słowa do dziś. I prawdziwą dumę w Twoich oczach, bo zadowolić Ciebie nie było łatwo. Jakoś nigdy nie chwaliłeś. Chociaż chyba byłeś zadowolony, kiedy przynosiłam świadectwa z paskiem. Tak mi się wydawało, tak mało mówiłeś, wszystko musiałam czytać w Twoich oczach. Zawsze widziałeś gdzie jest mój szczyt, ja widziałam tylko najbliższy kawałek ścieżki. Mogłam zapytać, ale...

zapach złotem malowany

Są dwa zapachy na świecie które już na zawsze będą mi przypominać o szczęśliwym dzieciństwie spędzonym na wsi, pod lasem, na małym  gospodarstwie moich dziadków, z którymi mieszkaliśmy wspólnie. Pierwszy z nich to zapach kwitnącej lipy, słodki do przesady, miodowy, duszny a w upalne dni wręcz mdlący. Lipa stała u wejścia do lasu, zaraz za naszym podwórkiem, i stoi tam zresztą do dziś, pod nią prowizoryczna ławeczka, na której lubiłam siadać i  po prostu rozmyślać. Czasem siadywała tam ze mną babcia rozmawiając ze mną o różnych sprawach, czasem czytałam tam lektury a w czasach studenckich uczyłam się na letnią sesję. Ilekroć czuję zapach lipy przypominam sobie te piękne chwile. Drugim zapachem jest woń koszonego zboża. Duszny, podszyty polnym kurzem, rozedrgany od ciepła mączny zapach koszonego i młóconego we wnętrzu kombajnu zboża. Nie zdawałam sobie nawet z tego sprawy, jednak kiedy kilka dni temu za płotem naszego ogrodu dwie potężne maszyny rozpoczęły pracę na wielgachnych ...

chłopak ze zdjęcia

Pamiętam go takim, jakim widziały go moje nastoletnie zakochane oczy, jakim go odbierałam zamroczona pierwszym poważnym nieodwzajemnionym uczuciem. Nieco wyższy ode mnie, średniej budowy, ze szczeciną ciemnych włosów, zawsze trzymał się prosto, ale nie sztywno. Zazwyczaj w koszuli założonej na t-shirt oraz dżinsach. Czarnych lub niebieskich. W krótkim rękawku widywałam go rzadko, nawet w dość ciepłe dni. Dłonie miał smukłe, zadbane, blade, jak ktoś, kto nie pokazuje się słońcu, z wyraźnie widocznymi czarnymi włoskami. Pamiętam jego twarz, pociągłą, z niebieskimi, lekko opadającymi oczami, wąskimi ustami i troszkę za dużym nosem. Połączyła nas szkoła, ale już nie potrafię powiedzieć kiedy dokładnie zorientowałam się, że mi na nim szczególnie zależy. Po prostu któregoś dnia uświadomiłam sobie, że dzień bez niego jest okropny, beznadziejny i smutny. Że na jego widok serce skacze mi z radości a w płucach brakuje powietrza. Starałam się jednak nie okazywać tego po sobie, mając niejasne prze...

Ja za 40 lat

Koniecznie z siwymi włosami, bo dodają powagi. Chociaż może w ogóle z włosami...? Mam nadzieję, że nie bez, leżąca w szpitalnym łóżku, trzymając za rękę ostatniego odważnego, który mnie przyjdzie pożegnać. Może leżąca w jakimś domu opieki, z totalną pustką w głowie, z mężem na krzesełku obok łóżka, do którego ciągle będę mówić: " kim pan jest?". Chociaż nie, nie sądzę. Pewnie okutana w ciepły sweterek będę przesiadywać pod orzechem, jak dziś, obserwując życie dookoła i sąsiadów przy codziennych czynnościach. Pewnie nie tych co dziś, pewnie przy innych zajęciach. Orzech będzie okropnie stary, bez owoców, za to z przyjemnym jak dziś cieniem od słońca. Będę czytała książki, zapewne znowu te same, bo pamięć poplączę fakty i wstawi bohaterów w inne scenerie. Mąż przyniesie popołudniową kawę i będziemy rozmawiać o niczym. Być może w tych samych fotelach, ale z pewnością z innymi kubkami, znając moje zamiłowanie do tłuczenia. Powiemy kilka banałów, po czym każde zajmie się swoją lek...

Lato, lato wszędzie

W krótkie czerwcowe noce, nadchodzące jak wybawienie po upalnych dniach, ma się wrażenie, że słońce nie zachodzi wcale. Że mrok, ciemność, gęsta atramentowa noc odeszła z tej krainy gdzieś indziej i zostawiła nas na pastwę wiecznego słońca. Jeszcze nie niknie purpura zachodu a już bladziuchna niebieskawa łuna zaczyna rozświetlać niebo na wschodzie. Gwiazdy z braku zajęcia opuściły to nie dość czarne niebo i poszły błyszczeć na południe. Wszystkie gwiazdy Oriona leżą krzyżem nad Australią, czekając aż nasza kochana ziemia zechce zaturlać się w bardziej proporcjonalne rejony, gdzie noc ma swoje prawa i trwa ledwie trochę krócej niż dzień. Ptaki nie kończą śpiewać chyba w ogóle, w każdym razie nie nocą, kiedy w ciszy ich trele rozbrzmiewają najpiękniej. Przez otwarte okna w duszne powietrze sypialni wlewają się ich pieśni dając znać, że lato nadeszło.  Poranek jest długi i jasny, poprzedzony mieniącym się w niebieskich i żółtych barwach świtem, wystrzeliwuje słońce wysoko nad hory...

Nigdy bym sobie tego nie wymyśliła

Marzyłam, ale moja wyobraźnia nie stworzyła nawet w części tego, co przydarzyło mi się naprawdę. Nigdy bym nie oczekiwała tego , co mam. Nie myślałam że los ześle aż tyle. Nigdy bym sobie tego nie wymyśliła. Tych niebieskich oczu patrzących z ufnością. Tych usteczek rozciągniętych w uśmiechu szczęścia. Tych loczków płowych i szczeciny złotej. Tych rączek zaciskających się na szyi. Tego "mamo" po tysiąc razy. Tych łez jak diamenty. Tych policzków z czekolady. Tych stopek pełnych łaskotek. Tych brzuszków okrągłych. Tych słów "kocham Cię" na dobranoc. Tej obrażonej minki, która rozśmiesza do łez. Tych niezliczonych momentów wzruszenia. Tego cierpienia, które chce się przeżyć. Tego pierwszego widoku. Tych pierwszych uśmiechów na dźwięk mojego głosu. Tych zasypiań na moim ramieniu. Tych nocy, których nie chciało się przespać. Tych chwil, których nie chciało się stracić. Tych ważnych momentów, których nie chciało się przegapić. Tego szczęścia. Tej...

Jaki piękny świat

Krajobraz moich czasów. Pojedyńcze drzewa wśród nielicznych traw na skrajach blokowisk, wystających do nieba jak wielkie dęby. Tak samo wielkie, mniej wieczne. Połacie betonu, kostki brukowej i asfaltu, żeby czasem coś nie wyrosło. W oddali kominy, ledwie widoczne w tym mgliście smogowym powietrzu. Powietrze wypełnione po brzegi, z każdym oddechem czuję, jak umiera kolejna moja cząstka, zamieniając się w jakaś groźną przypadłość. Spaceruję. Nikt już nie spaceruje. Tylko jeden starszy pan z pieskiem, codziennie o tych samych porach. Ale on jest z innych czasów, gdzie życie było wolniejsze a ludzie mogli spacerować. Obok mnie wszyscy prawie biegną, wyprzedzają mnie z gniewnym wyrzutem. Bardzo się spieszą, a ja wcale. Już przecież nie muszę. Cały wyścig po sens zostawiłam za sobą, przegrałam z kretesem, nie chciałam się rzucać, zdobywać, niszczyć, pokonywać, być ciągle lepsza, w walce o siebie, o stanowisko o kilka liter przed nazwiskiem. Zostałam gdzieś na trzecim etapie i tak walkowerem...

Do jutra

Do jutra, czy może już nie...? Czy aby na pewno, czy się skończy na dzisiaj i żadne jutro już nie nadejdzie, choć ponoć przecież nie nadchodzi nigdy? I skąd ta pewność, że jeszcze kiedyś, w jakichś tam innych okolicznościach, w innej scenerii, z innym humorem i wszystkim innym niż jest teraz? Teraz jest teraz a jak to stwierdzić,  kiedy zaczyna się jakieś potem, gdzie jest granica, i w tym zamyśle już coś uciekło i już ta chwila sprzed chwili to już jest , co było. I w tym płynięciu, w tym nurcie leniwym, w tym rozleniwieniu umysłu i serca mija kolejna godzina, dzień, tydzień, rok, życie. Do zobaczenia. A jeśli nie? Jeśli wstawszy, wyszedłszy, już nigdy więcej się nie zobaczymy. I co powiedzieć? Bo jeśli jeszcze kiedyś, to nie ma sprawy, dopowiem, dopytam, będę mieć czas. A jeśli już nie? To co powiedzieć, czego nie mówić, o co zapytać a co przemilczeć? Czy uścisk ręki dzisiaj wystarczy, czy jeszcze kiedyś będzie mi dany, czy raz ostatni uścisnąć szczerze? Czy gdyby z nieba...

...rodziców mam

Przychodzi taki dzień, trafia nas jak obuch, zmienia myślenie o tym co trwałe i "na zawsze". Oni, zawsze silni, zawsze na miejscu, zawsze o krok. Pokazują świat, uczą jak żyć albo jak nie żyć właśnie, są wyrocznią i znienawidzonym kodeksem praw i obowiązków. Z czasem stają się przyjaciółmi, którzy są gdzieś obok, ale zawsze są. Ich po tysiąckroć powtarzane mantry zaczynają nabierać sensu a nasz szacunek do nich rośnie. Doceniamy ich ciężką pracę w miarę, jak sami się z podobną mierzymy. Rodząc własne dzieci zaczynamy doceniać trud mamy, ich obojga w ciężkiej dla nas pracy. Są cały czas w gotowości. Aby pomóc, być blisko, być dla nas. W ciągłym o nas zamartwieniu. Zawsze wrażliwi na naszą krzywdę, na cierpienie. Ślepo niesprawiedliwi, do bólu lojalni. Do wszystkiego, na zawsze. Ich włosy siwieją. Plecy przygarbiają. Palce sztywnieją i wykręcają. Bruzdy na czole stają się coraz głębsze. Nagle przestają rozumieć otaczający świat. Nagle ich poglądy są staromodne. Nagle zaczynają...

Pokonanym...

Po pustym sercu hula wiatr niepamięci. Niczego tam nie ma, w kącie walają się resztki dawnych uczuć. Zapomniane i nieogrzewane. Obolała dusza wyziera zza ciała, po cichu, na moment, między wierszami. Wszędzie rany. Jedne zabliźnione ale wciąż rozdrapywane, inne świeże. Wszystkie głębokie, nie da się inaczej. Łez już nie było od bardzo dawna, wyschły lub wyczerpał się limit, zresztą jakie to ma znaczenie. Za granicą już się nie płacze, smutek odchodzi, przerażają emocje. Nic nie czuć to również nie cierpieć, nie pragnąć, nie tęsknić, nie chcieć. Jak doskonała maszyna do spełniania codziennych czynności. Nic nie ma większego znaczenia, czy słońce jest czy go nie ma, czy świecą gwiazdy, czy drzewa zakwitły, czy komukolwiek jeszcze zależy. Poczucie obowiązku umiera w zatrutym sumieniu pomieszanych odczynników dobra i zła, marazmie obojętności i nihilizmu. Ludzie nie słyszą, chociaż czasem słuchają, słowa które wylatują z ust docierają w innym brzmieniu, po drodze gubiąc własny ciężar i ...

na skraju lasu domek stał

Zadziwia mnie nieustannie z jaką stanowczością i zaciętością wyrywamy naturze kolejne parcele ziemi, aby pobudować na nich coraz to okazalsze i piękniejsze domostwa. Chyba nie ma takiej wioski, w której wieloletni mieszkańcy nie mówiliby: "tu zawsze były pola, a teraz, dom na domie!". Uprawa roli coraz mniej się opłaca i coraz mniej jest chętnych osób, aby się tym zająć, nawet na własny tylko użytek. Tak więc kolejne połacie niegdyś złocących się zbożem pól zostają poćwiartowane na małe, zgrabne działeczki i sprzedawane żądnym własnego lokum. Wyrastają pyszne wille i nowoczesne bryły, popisowe dzieła nowomodnych architektów. Zwykły sześcian z dwuspadowym dachem zazwyczaj jest za mało pretensjonalny, aby dobitnie pokazywał starym mieszkańcom wioski na jak duży kredyt stać przybyłych. Tarasy, zimowe ogrody, minimalistyczne acz wymyślne wielopoziomowe bryły, z oknami na szerokość ścian, szczelnie zakrytych żaluzjami. Jak zresztą wszystko. Nowoczesne domy to zazwyczaj twierdze sz...

Na pierwsze roztopy

W zasadzie, dlaczego nie? Przecież Święta przeszły, styczeń minął i ferie w zasadzie na ukończeniu, więc dlaczego nie miałaby zawitać do nas wiosna, ta najwcześniejsza, najdelikatniejsza, która się bieli przebiśniegami i pstrzy krokusami? A z drugiej strony, po co się spieszyć? Czy się już wszystko dość wyspało, żeby już budzić jeżyka, misia, ptakom obiecywać ciepłe godziny na suchym szczycie drewnianego dachu? Czy się ktoś pytał, czy ziemia już gotowa, by ją na nowo orać i siać? Czy ktoś bocianom do ciepłej Afryki już zaproszenia wysłał na powrót? A przecież dobrze jest tak jak jest. Mięciutka kołderka białego puchu usypia ludzi, ich troski i smutki. Pozwala znaleźć chwilę wytchnienia, bo wszystko trzeba, ale od wiosny. Wprawdzie dzień coraz dłuższy, ale jednak noc jeszcze przeważa. Jest jeszcze tyle książek do przeczytania, tyle rozmów do odbycia w ciepłym zaciszu zimowej nocy z kubkiem herbaty w ręku. Gdzie się tak spieszyć i po co tak gnać? Można jeszcze  zrzucić parę spraw na ...

Wybacz

Wybacz, że nie kupiłam dla Ciebie tych kilku bułek. Ale wiesz, jakoś tak byłam zamyślona bardzo nad tą niebieską sukienką, czy jeszcze do niej się zmieszczę, czy trzeba już sobie darować a przecież tak mi zależy ładnie przy Tobie wyglądać... Więc jakoś tak wyszło, ja wyszłam i nie kupiłam. Więc wybacz... I wybacz że się nie uśmiechnęłam do Ciebie dzisiaj, wiesz ,kiedy na mnie spojrzałeś. Jakoś tak zapomniałam i myślami byłam gdzie indziej i znowu kolejna szansa uciekła niepostrzeżenie... I wybacz że dziś na Ciebie nie nakrzyczalam wcale. A przecież zawsze krzyczę porządnie, ze strachu, troski , zdenerwowania. Bo Ty mnie obchodzisz przecież i Twoje błędy mnie ranią. A dziś wykipiało mleko i zwiędły dwa kwiatki w wazonie i posypywali drogę. Więc jakoś tak nie zdążyłam, zapomniałam i nie krzyczałam. I wybacz że nie dotknęłam Cię za żadnym razem gdy przechodziłam obok. Zawsze miałam coś w ręku, gdzieś się strasznie spieszyłam a potem to już wyszedłeś i znowu ja nie zdążyłam. I wybacz ż...

Tym którzy odeszli

Tyle ich ostatnio odeszło... Za szybko... W pośpiechu. Bez do widzenia. Zostawiają po sobie niedopitą herbatę, nieprzeczytane wiadomości, nieodebrane telefony, rozłożoną gazetę na stole. Potworną pustkę. Ich nieobecność jest bardziej widoczna od życia. Przecież byli tu o krok, na wyciągnięcie ręki, na długość spojrzenia, na zasięg szeptu. Komentowali wiadomości, posapywali przy wstawaniu z fotela, kasłali po soku malinowym. Kakofonia ich dźwięków tworzyła naszą codzienność. Zapach unosi się jeszcze, tak zwodniczy jakby jeszcze tu byli. Koszula w koszu na pranie, nieuprzątnięte skarpetki, wyleżana poduszka. Są wszędzie a przecież już ich nie ma. Spozierają że zdjęć z fałszywym uśmiechem dającym złudzenie szczęścia. Jeszcze przecież wczoraj, przed chwilą... Pustka dotkliwa, bolesna, prawie namacalna, we wszystkich miejscach gdzie ich już nie ma. Spieszą się gdzieś, uciekają, znikają nagle zostawiając nas żywych w smutnym zdumieniu. Bo dokąd? Czy im coś więcej obiecano? Czy wiedzieli coś...

ku pamięci...

Pamiętam Ją tylko z ostatnich trzydziestu lat, podczas gdy przeżyła ponad 85. Pamiętam Ją wesołą, szczęśliwą, ale też smutną, płaczącą czy zdołowaną. Była wyjątkowa, jedyna, dla mnie i pewnie wielu osób niepowtarzalna, a pustka po niej dotkliwa i raniąca. Miała w sobie wiele ciepła i pokory, dzieciństwo w czasach wojny, bez matki, dorosłe życie na gospodarstwie wśród rodziny, starość.... No cóż, ostatnie lata w chorobie. Pamiętam jak śpiewała piosenki, jak uczyła mnie liter, jak czytała nam na dobranoc, kiedy rodzice musieli być w pracy, albo opowiadała je z pamięci, najlepiej na świecie. Jak pobłażliwie patrzyła na nasze brojenie, jak łagodziła gniew rodziców, jak pocieszała płaczące wnuki. Pamiętam koleżanki, szwagierki, kuzynki przyjeżdżające do Niej po to, aby się wygadać. Każdego wysłuchała, dawała dobre słowo a wszystkie sprawy zachowywała dla siebie. Opowiadała świetne historie ze swojej młodości, pamiętała wszystkie daty, nazwiska, wydarzenia i rocznice. Nie ma chyba na świecie...

magiczna choinka

To trwało tylko ułamek sekundy. Mgnienie chwili, kiedy poczułam się przeniesiona w czasie do lat bezpowrotnie minionych. Do siebie w wersji kilkunastoletniej, w naciskiem na kilku. Jakby za sprawą magicznej różdżki ktoś pozwolił mi poczuć atmosferę, klimat i ciepło mojego domu z dawnych czasów. Domu w którym mieszkało siedem osób, dwa pokolenia i milion problemów. Domu w którym u babci zawsze palił się ogień w piecu, a na nim stał czajnik pełen wrzątku. Zawsze można było napić się ciepłej herbaty, dostać ukrywane przed dziadkiem ciasteczko, kawałek czekolady albo  jabłko. Można było usiąść i nawet nic nie mówić, ale ogrzać się w przyjemnym cieple pieca i ludzi. Można było uciec przed zagniewaną mamą, która akurat rzucała gromami. Można było posłuchać dawnej historii o czasach wojny opowiadanej przez babcię, pośpiewać z nią piosenki, albo nauczyć się zabawnej rymowanki. Święta zawsze były ciepłe, pachniały sosnową żywicą, makówkami, karpiem, pomarańczami i maślanymi ciasteczkami. Na...

na (nie)nowy rok

Gatunek ludzki,chociaż może nie uświadamia sobie tego na co dzień, lubi rzeczywistość uporządkowaną, sklasyfikowaną i dającą się objąć w pewne ryzy. Nasi pra pra pra przodkowie kiedy tylko osiągnęli poziom IQ przewyższający temperaturę ich ciała skonstatowali, iż słońce wschodzi po jednej stronie widnokręgu i zachodzi po przeciwnej tylko po to, aby za jakiś czas wzejść znowu w tym samym  miejscu co poprzednio. Zauważyli również, iż cykl ten powtarza się w nieskończoność i w pewien sposób wyznacza ich pory odpoczynku i pracy. Kolejne inteligentniejsze pokolenia poczyniły obserwacje przyrodniczo - meteorologiczne zauważając, iż następujące po sobie w przyrodzie zjawiska są cykliczne i powtarzalne i dzieją się zwykle w odstępie podobnej ilości wschodów słońca. W wyniku takich i podobnych odkrywczych obserwacji jak również wzrostu poziomu intelektu wymyślono kalendarz, zegar i skutecznie uprzykrzono ludziom życie świadomością upływającego czasu. Ponieważ czas w przyrodzie biegnie cykli...