Przejdź do głównej zawartości

Pani Jesień


Wstała rozespana, z opuchniętymi od kilkudniowego płaczu oczami, z potarganymi kasztanowymi włosami i rozejrzała się dookoła. Słońce wisi wysoko na czystym niebie, ktoś wyzbierał wszystkie grzyby z lasów, ptaki wesoło ćwierkają na ciągle zielonej leszczynie. Gdzieniegdzie pojedyncze drzewo w posępnym brązie informuje wszystkich, że jesień już nadeszła. Ona sama przez jakiś czas otulona ciężkimi chmurami płakała rzewnie nad odchodzącym latem. Opamiętana po jakimś miesiącu, przez natarczywe promienie ciepłego październikowego słońca, zdecydowała się wreszcie na swoje jesienne porządki. Rozgoniła ciężkie stalowe posłanie z chmur i zawołała na swego przyjaciela - wiatr. Ten, upojony szczęściem, nie może zdecydować w którą stronę chce mu się wiać, hula zatem na wszystkie strony z mocą, wymiatając zewsząd opadłe liście. Jesień zaczyna malować świat w najpiękniejsze kolory. Klon, który na pewno powinien być rodzaju żeńskiego, ten modny fircyk jak co roku nie może się zdecydować na jeden kolor. Pyszni się więc kolorowymi strojami, przeplatając resztki zieleni ze słoneczną żółcią, stonowanym brązem i ognistą czerwienią. Obok niego stoi akacja której liście wyżółciły się trochę nie tracąc jednak zieleń barwy. W świetle dnia wygląda, jakby ją obsiadło stadko kanarków, pięknych żółto-zielonych przyjaciół. Dęby, poważne i zacne, oblekły się w brązowe garnitury, sypiąc żołędziami wokoło. Jedne natomiast o ostrych i dużych liściach przybrały szkarłatną barwę burgundu. Wypolerowane mięciutką jak puch poranną mgiełką, błyszczą w słońcu jak drogocenne kamienie. Kilka drzew stoi jeszcze całkiem zielonych, jakby to całe zamieszanie w ogóle ich nie dotyczyło. Jednak ich zieleń jest jakaś smutna, ciemna, ponura i jakby nie na miejscu. Po lasach leżą kobierce złota, szmaragdów, rubinów i piasku pustyni. W popołudniowym słońcu tak to właśnie wygląda, jak szlachetne kamienie rzucone na ziemię, żeby zachwycać tych, którzy zechcą patrzeć. Na szczytach nagich drzew pyszni się jemioła, dla której jesień jest tylko szansą na lepsze widoki bez zasłaniających wszystko liści. Spogląda dumna na domy wokoło, w których już pewnie niedługo zawiśnie, ozdobiona zlotkiem jako bożonarodzeniowa ozdoba.
Słońce zbyt szybko ucieka za horyzont, ziemia oddycha miarowo głaszcząc wszystko wilgotnym oddechem. Jesień rozpuszcza welony mgieł, zawiesza na niebie diamenty gwiazd i wpatruje się urzeczona w lśniącą tarczę księżyca.
Dobranoc wszystkim, dobranoc!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...