Przejdź do głównej zawartości

chłopak ze zdjęcia

Pamiętam go takim, jakim widziały go moje nastoletnie zakochane oczy, jakim go odbierałam zamroczona pierwszym poważnym nieodwzajemnionym uczuciem. Nieco wyższy ode mnie, średniej budowy, ze szczeciną ciemnych włosów, zawsze trzymał się prosto, ale nie sztywno. Zazwyczaj w koszuli założonej na t-shirt oraz dżinsach. Czarnych lub niebieskich. W krótkim rękawku widywałam go rzadko, nawet w dość ciepłe dni. Dłonie miał smukłe, zadbane, blade, jak ktoś, kto nie pokazuje się słońcu, z wyraźnie widocznymi czarnymi włoskami. Pamiętam jego twarz, pociągłą, z niebieskimi, lekko opadającymi oczami, wąskimi ustami i troszkę za dużym nosem. Połączyła nas szkoła, ale już nie potrafię powiedzieć kiedy dokładnie zorientowałam się, że mi na nim szczególnie zależy. Po prostu któregoś dnia uświadomiłam sobie, że dzień bez niego jest okropny, beznadziejny i smutny. Że na jego widok serce skacze mi z radości a w płucach brakuje powietrza. Starałam się jednak nie okazywać tego po sobie, mając niejasne przeczucie, że mój entuzjazm nie znajdzie odzwierciedlenia z drugiej strony.  Powstała jednak między nami niezwykła jak na nasz wiek i różnicę płci zażyłość, przyjaźń nawet, jedna cieniutka nić bliskości pielęgnowana przez kolejne trzy lata liceum. Już nie jestem w stanie wskazać kiedy to się dokładnie zaczęło, kto zadzwonił pierwszy, czy to ja dążyłam do tej bliskości wiedziona uczuciem, czy też po prostu byliśmy bliskimi duszami, które się zwyczajnie rozumiały, z czasem nawet bez słowa. Nie siedzieliśmy w jednej ławce, nie rozmawialiśmy na przerwach, nasza przyjaźń rozwijała się poza szkolnym towarzystwem podczas popołudniowych rozmów telefonicznych. Trudno powiedzieć, ile godzin przegadaliśmy, ile tematów poruszyliśmy i ile po prostu przemilczeliśmy, bo słowa już nie wystarczały. Pretekst zawsze był błahy a po godzinie w sumie nie pamiętaliśmy od czego się zaczęło. Wyczuwał moje nastroje, nie pozwalając mi się jednak rozklejać. Chyba najbardziej lubił rozmawiać ze mną, kiedy byłam w dobrym humorze, kiedy się śmiałam  i żartowałam. Znałam go na tyle dobrze, że potrafiłam wyobrazić sobie jaką ma akurat minę, kiedy rozmawiamy.  Czy jest poirytowany, poważny, smutny, czy się uśmiecha a w oczach ma błyski. Jak nikt potrafił uśmiechać się tylko oczami, robił to czasem kiedy nasz wzrok spotykał się nad zeszytami. W jego głosie wyczuwałam, kiedy robił to po drugiej stronie słuchawki. Miał spokojny, ciepły, delikatnie nosowy głos, którego uwielbiałam słuchać. Przenigdy nie krzyczał, rzadko też się denerwował. Zaledwie kilka razy, brał wtedy głęboki oddech i mówił szybko, patrząc przy tym twardo, prawie stalowymi oczyma. To chyba było gorsze, niż gdyby krzyczał. Nie przypominam też sobie, aby przeklinał. Ja znacznie więcej, o co mnie czasem upominał. Mówił do mnie wprost, bez zdrobnień i upiększeń, których sam też nie lubił, ale moje imię w jego ustach brzmiało naprawdę pięknie. Kończył rozmowę zwyczajnym "trzymaj się" i tylko to czasem dawało mi siłę, aby naprawdę się "trzymać". Martwiłam się o niego, a on czasem wykazywał troskę o mnie. Nigdy nie spotkaliśmy się na nasze pogaduchy, nigdy nie było między nami żadnej fizycznej bliskości, zaledwie raz trzymałam jego dłoń, w tańcu podczas studniówki.  Pozostał jednak niezwykle mi bliski. Nasze drogi rozeszły się nagle i jak widać na stałe. Pozostało jedno zdjęcie, kilka blizn i piękne wspomnienia...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...