Przejdź do głównej zawartości

ONA

ONA - wygląda zupełnie jak ja, ma gęste, kręcone włosy, korpulentna, wysoka. Trochę za duży nos, szare oczy, trochę niezgrabnie chodzi i często kopie w krawężniki. Chyba kiedyś nią byłam, tak mi się zdaje, kiedy miałam siłę dogonić jej tempo, towarzyszyć jej we wszystkim, wytrzymać z nią ciągle. Z czasem odpuściłam troszeczkę, potem jeszcze jedną i następną i tych troszeczek nazbierało się tyle, że teraz patrzę na nią z boku i cicho zazdroszczę. Tak trudno nią być. Zrywa się wcześnie z pierwszymi dźwiękami budzika, który do mojej świadomości trafia po piętnastu minutach wraz z snem o pysznym śniadaniu. Wstaje z uśmiechem, parzy sobie kawę, czesze włosy i robi makijaż. A ja z grymasem siadam na porcelanę i kombinuję, co można z rana sobie odpuścić, a co jest jednak niezbędnie konieczne. Biegnie z radością obudzić dzieci, a ja przeklinam szesnaście schodów na pierwsze piętro. Ma sto pomysłów na swoje śniadanie i co najmniej dwadzieścia na posiłek dla dzieci. Ja ciągle zajadam musli z jogurtem a dzieciom serwuję mało znane bułeczki z bardzo znanym kremem czekoladowym. Ona wstała piętnaście minut wcześniej i nie siusiała tak długo, więc jest spokojna i zorganizowana, na czas wyjeżdża do pracy i w ogóle się nie stresuje. Ja gorącą kawą parzę sobie język i w pospiechu ubieram dziecku buty na opak. Ona dla każdego ma uśmiech i życzliwe słowo, ja to wszystko powtarzam po niej. Idzie do pracy z energią, a ja odliczam minuty do końca. Ona wraca do domu i wszędzie jej  pełno, ja się zaszywam w jakimś cichym kącie, z dala od brudnych talerzy i sterty prania do prasowania. Ona przysiada z kawą nad książką, a ja się gapię na zachodzące słońce. Słucha z dziećmi fajnej muzyki, a ja zakrywam uszy przed hałasem. Czasem się z nią zamieniam na chwilę, wracam zmęczona i płaczę cichutko.  Ona w tym czasie już biegnie dalej, kolejne zadanie i kolejny sukces. Jest ode mnie dużo spokojniejsza, rzadziej się kłóci i mniej przeklina. Ja się o wszystko ciągle wykłócam, wciąż mam pretensje i wciąż szlag mnie trafia. Ona idzie spać pogodna, sny ma kolorowe i oddech spokojny. Ja w ciemności nocy błąkam się leniwie po zakamarkach duszy, zaglądam do wspomnień, przerażam lękami. Czasem ją widzę jak spogląda z lustra. Patrzy z wyrzutem i marszczy brwi. Chce coś powiedzieć, ale już mnie nie ma. Nie chcę jej słuchać, bo pewnie ma rację. Bo zawsze ma, bo taka jest. Jest taka poukładana, błyskotliwa i inteligentna. Mnie ciężko się skupić na choćby jednym zdaniu, zapominam co było dziesięć minut temu i raczej nie mówię niczego mądrego. Wciąż coś mnie boli i źle mi w ogóle. Ją też, być może, ale nigdy niczego nie okazuje.
Siadamy razem na schodach przed domem. Patrzymy w gwiazdy, słuchamy ciszy. Ona się dla mnie na chwilę zatrzymała, przysiadła, czuję jej ciepło obok. Patrzy się na mnie z politowaniem. "Chodź ze mną" - mówi. "Nie. Tu zostanę"...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...