Przejdź do głównej zawartości

Jaki piękny świat

Krajobraz moich czasów. Pojedyńcze drzewa wśród nielicznych traw na skrajach blokowisk, wystających do nieba jak wielkie dęby. Tak samo wielkie, mniej wieczne. Połacie betonu, kostki brukowej i asfaltu, żeby czasem coś nie wyrosło. W oddali kominy, ledwie widoczne w tym mgliście smogowym powietrzu. Powietrze wypełnione po brzegi, z każdym oddechem czuję, jak umiera kolejna moja cząstka, zamieniając się w jakaś groźną przypadłość. Spaceruję. Nikt już nie spaceruje. Tylko jeden starszy pan z pieskiem, codziennie o tych samych porach. Ale on jest z innych czasów, gdzie życie było wolniejsze a ludzie mogli spacerować. Obok mnie wszyscy prawie biegną, wyprzedzają mnie z gniewnym wyrzutem. Bardzo się spieszą, a ja wcale. Już przecież nie muszę. Cały wyścig po sens zostawiłam za sobą, przegrałam z kretesem, nie chciałam się rzucać, zdobywać, niszczyć, pokonywać, być ciągle lepsza, w walce o siebie, o stanowisko o kilka liter przed nazwiskiem. Zostałam gdzieś na trzecim etapie i tak walkowerem oddałam tę walkę.
Ciepły poranek, słońce odbite od dziesiątek szyb samochodów stojących w korkach w stronę autostrady. Różowa mgła ani błękit na wschodzie nikomu niczego już nie obiecują, ani pogody, ani pięknego dnia, nikt ich nie zauważa, nie ma ich przecież na ekranach smartfonów. Kawalkada ruszyła i pędem do pracy. Zadżumione miasta pękają w szwach, szczury chciwości, podstępu i pieniądza panoszą się wszędzie roznosząc zarazki. Zadżumieni ludzie w pogoni za szczęściem, za obrazem siebie serwowanym przez kogoś, kto im narzuca jak żyć, jak myśleć. Jak się ubierać, co kupić, gdzie bywać. W tych wszystkich "muszę" nie ma już "chcę", a i mnie dotyka to całe szaleństwo, czuję w sobie te narzucone pragnienia i potrzeby. Moja godność i poczucie własnej wartości ułożone pięknie na półkach w hipermarketach. Moja wartość adekwatna do ceny.  Świat na wyciągnięcie ręki, zachwycający i piękny, tym piękniejszy im droższe wakacje. Jak cię widzą tak cię piszą a przecież wszystko można pokazać, internet czeka, ludzie czekają, każdy gotowy komentować, wyrażać zdanie, oceniać. Moje szczęście do kupienia na każdym kroku, tylko wystarczy mieć czym zapłacić. Przyjemności czekają, żeby wypełnić moje życie, płyną szerokim strumieniem pasm radiowych i telewizyjnych. Banały, komunały, komercyjna papka, wszystko pięknie opakowane i podane prosto pod nos. Między tym zło wsiąkające w nas z każdego zakamarka życia. Głód, wojny, choroby, przerażające zdjęcia, miliony zarobione na ludzkiej krzywdzie i tragedii. Zamachy, terroryzm, napady z nożem w ręku, wszechobecny strach i nieufność. Kłamstwa powtarzane tyle razy, że wierzą w nie nawet ich twórcy. Prawda tonie w niezliczonej  ilości fałszywej mowy. Nic już nie jest prawdziwe ani szczere, za to wszystko nastawione na zysk. Przekopujemy ziemię wzdłuż i wszerz dla zdobycia drogocennych kruszców, ropy, odkrycia tego co dawno zasłonięto. Niszczymy naturę, dziwiąc się że się nam sprzeciwia. Eksterminujemy wszystkie gatunki kończąc na własnym. Kolejny pogrzeb w tym tygodniu. Jan Rak Kowalski odszedł po wielu cierpieniach do krainy wiecznej szczęśliwości jak wierzą coraz mniej liczni. Kościoły coraz mniej zapełnione tymi co nie boja się, że zostaną źle dotknięci. Wiara straciła na atrakcyjności, skoro coś ogranicza a przecież ludzie chcą być wolni. I zawsze przecież można być wysadzonym przez kogoś komu obiecano dziesiątki hurys w wiecznym raju.
Kolejna godzina, czy może już pięć? Czas biegnie inaczej, na szkle smartfona rozpływa się w nicość, aby się potem skurczyć i sprężyć i w kilka minut stać się godziną. Otwieram lodówkę. Dzisiaj zjem sobie pierwiastki z czwartego okresu, mają ładne nazwy i niektóre z nich są nawet pożyteczne. Czuję jak kolejna komórka umiera robiąc miejsce dla jakiegoś pasożyta. Na wszelkie dolegliwości rzędy aptecznych wspomożycieli. Na ładne włosy, paznokcie, dobry wzrok, na nerwy, nadpobudliwe stopy i nadpotliwe dłonie. Kolorowe pastylki obiecujące cuda za przystępną cenę. Łudzące wrażenie, że medycyna jest po to by ratować zdrowie, a nie po to by robić pieniądze. Wirusy na które nie mamy odporności, choroby na które nie znamy lekarstwa, a szarlatanów pełne gabinety. Mamy tyle pomysłów na śmierć a tak mało na życie.
W tym wszystkim moja mała enklawa, dwa orzechy dające cień, trawa łaskocząca w stopy, różowe wschody i purpurowe zachody i jedno pragnienie, aby zawsze mieć w sobie na tyle serca, by się tym nieustannie zachwycać. Zanim mnie przygniecie już na dobre ciężar cudzych chciwości, wad i przekleństw. Zanim lęki staną się rzeczywistością. Zanim umrze ostatnia nadzieja. Zanim to co bliskie stanie się odległe.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...