Przejdź do głównej zawartości

...rodziców mam

Przychodzi taki dzień, trafia nas jak obuch, zmienia myślenie o tym co trwałe i "na zawsze". Oni, zawsze silni, zawsze na miejscu, zawsze o krok. Pokazują świat, uczą jak żyć albo jak nie żyć właśnie, są wyrocznią i znienawidzonym kodeksem praw i obowiązków. Z czasem stają się przyjaciółmi, którzy są gdzieś obok, ale zawsze są. Ich po tysiąckroć powtarzane mantry zaczynają nabierać sensu a nasz szacunek do nich rośnie. Doceniamy ich ciężką pracę w miarę, jak sami się z podobną mierzymy. Rodząc własne dzieci zaczynamy doceniać trud mamy, ich obojga w ciężkiej dla nas pracy. Są cały czas w gotowości. Aby pomóc, być blisko, być dla nas. W ciągłym o nas zamartwieniu. Zawsze wrażliwi na naszą krzywdę, na cierpienie. Ślepo niesprawiedliwi, do bólu lojalni. Do wszystkiego, na zawsze.
Ich włosy siwieją. Plecy przygarbiają. Palce sztywnieją i wykręcają. Bruzdy na czole stają się coraz głębsze. Nagle przestają rozumieć otaczający świat. Nagle ich poglądy są staromodne. Nagle zaczynają się powtarzać. Nagle przestaje im przeszkadzać kurz na szafce i rozlane mydło w łazience. Nagle bywają zmęczeni. Robią się małostkowi, śmieszni, irytujący. Nagle to oni potrzebują naszej pomocy sami niewiele już mogąc dać. Zapominają jak obsługuje się pralkę i do czego służy lokówka.
Wymagają naszej opieki. Trzeba im zmienić pieluchę jak oni nam zmieniali. Trzeba ich umyć jak oni nas myli i pomoc się ubrać jak oni nam pomagali. Trzeba nakarmić jak nas karmili i przymknąć oko na rozlane mleko jak oni wielokrotnie przymykali.
Już wiadomo, że nie będą na zawsze, jak opoka, jak bezpieczna przystań, trwający, czekający na nas, którzy realizujemy własne marzenia o szczęśliwym życiu. Egoistycznie psują nam to szczęście a ich starość dotyka nas pazurem zniechęcenia.
Rezygnując z własnego życia dla dziecka czujemy szczęście, rodzicom łatwo wystawiany rachunek, skrupulatnie podliczając każdą poświęconą minutę.
Nie każdy ma cudownych rodziców, ale każdy jakichś ma.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...