Przejdź do głównej zawartości

zegarek

"Nosi Pani zegarek na prawej ręce?" - zapytała pani zegarmistrz tonem najwyższego zdziwienia, jakbym była niespełna rozumu i pomyliła ręce. I chociaż przez kilka lat nie nosiłam zegarka ponieważ go nie posiadałam, to intuicyjnie i zgodnie z własnymi przekonaniami i przyzwyczajeniami założyłam jednak na prawą. Hmm... Ale dlaczego? Trudno powiedzieć. Zaczęłam chyba w szkole, już nie pamiętam, czy jeszcze w ogólniaku, czy już na studiach. Było to bardzo praktyczne. Podczas pisania notatek mogłam bez ostentacji sprawdzić godzinę. A bywało, że czasami dłużyły się w nieskończoność. Pamiętam z czasów studenckich, że profesorowie krzywym okiem patrzyli na studentów sprawdzających godzinę na wykładzie. Każdy z nich przekonany był o tym, że jego przedmiot jest najbardziej godzien zainteresowania studenckiej braci. Nasze zdanie w tym temacie było nieco inne, stąd niecierpliwe odliczanie do końca. Jeden z naszych profesorów, który miał z tysiąc lat albo więcej, szczególnie komentował sprawdzanie godziny. Jednej z naszych koleżanek powiedział kiedyś, że nikt jej przecież nie zmusza do uczestnictwa w jego wykładach, ale nie powinna go obrażać zerkaniem na zegarek. Wiedzieliśmy skądinąd, że Pan Profesor potrafi się obrazić z opóźnieniem nawet kilkumiesięcznym i w sam raz wypadającym na okres egzaminów. I chociaż w swoim życiu widział już wiele mniej lub bardziej tępych studenckich twarzy, znakomicie pamiętał te sprawdzające godzinę na jego wykładach. Ja z koleżankami zajmowałyśmy pierwszy rząd udający znaczne zainteresowanie tematem, który wykładany był w dużej mierze po łacinie, której - w przeciwieństwie do profesora - nie znaliśmy  w ogóle. Przekręcałam wtedy zegarek na wewnętrzną stronę nadgarstka, tak aby wskazówki mieć zawsze na widoku bez zbędnego stresowania wykładowcy. Moja towarzyszka, pewnego grudniowego, szarego poranka, wykazywała znaczne zobojętnienie wykładem i rzeczywistością dookoła w ogóle, a upewniając się dyskretnie, że trwający już wieczność wykład w rzeczywistości zajął dopiero pół godziny, odłożyła zdesperowana długopis i postanowiła reszty wysłuchać drzemiąc na wpół na podpartej ręce, tłumiąc od czasu do czasu potężne ziewanie. W ramach koleżeńskiej solidarności szturchałyśmy ją od czasu do czasu, aby jakoś szczególnie nie podpadła.
Pamiętam mój pierwszy zegarek, który otrzymałam chyba jako pięciolatka. Maleńki, ze złota kopertą i szarym paskiem. Z mnóstwem dziwnych kresek. Kiedy zapytałam mamę co to takiego, odparła, że cyfry rzymskie. Było to dla mnie coś tak abstrakcyjnego, że postanowiłam w ogóle nie zawracać sobie tym głowy i po prostu schowałam zegarek. Chyba nosiłam go później do szkoły, kiedy już potrafiłam poznać się na nim, nawet bez znajomości cyfr rzymskich.
Pierwszy swój własny zegarek kupiłam sobie już w liceum. Koniecznie na bransolecie, ponieważ takie wydawały mi się szalenie kobiece. Z racji ich niskiej ceny wycierały się szybko i musiałam rozglądać się za nowym. Ponieważ jednak zegarki paliły mi się na rękach jak słoma na ognisku, zanim dotrwałam do licencjatu, a później do pracy, zdążyłam mieć kilka, a w ostateczności zostałam bez. W pracy za biurkiem plusem było posiadanie komputera na którym ciągle wyświetlała się godzina, o ile pamiętam, zawsze zbyt późna. Jednak zawołana na naradę, zebranie, posiedzenie do Prezesa, pozostawałam w słodkiej niewiedzy ile tak naprawdę zmarnowałam już czasu. Aż wreszcie otrzymałam zegarek z okazji urodzin. Niestety, kwadratowy, bez zaznaczonych godzin. Ot, zwykłe dwie srebrne wskazówki na czarnym tle. Szybko okazało się, że potrafię prawidłowo wskazać jedynie cztery godziny dziennie, czym prawie rozpętałam potężną awanturę. Podczas objazdu naszych placówek Prezes zapytał mnie o godzinę, na co ja, zgodnie z przekonaniem, odparłam że jest w pół do dziesiątej. Ucieszony, zaczął wizytację  i z pasją dyktował mi kolejne sprawy do załatwienia. Gdy pół godziny później zadzwonił dyrektor z awanturą, że jest już jedenasta, zaczyna się narada a szefa nie ma, zbladłam i wyjąkałam: "rzeczywiście, mogło być w pół do jedenastej...". Od czasu tej historii wszyscy się ze mnie śmieją, że jedyny zegarek jaki powinnam nosić to elektroniczny.
Dobrych kilka lat i dwa zegarki później, kiedy otrzymałam w prezencie piękne zegarki z bransoletką, prawdziwe, ze wskazówkami i zaznaczonymi godzinami, podczas ich mierzenia założyłam intuicyjnie na prawą rękę. Nie mam już nikogo, przed kim musiałabym utrzymywać dyskrecję, ale przyzwyczajenie pozostało. Więc na pytanie pani zegarmistrz odparłam: "Tak, noszę na prawej ręce."

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...