Przejdź do głównej zawartości

Wizyta u szamana


Nie żebym wybierała się do niego specjalnie. Co to, to nie... Ma normalne polskie imię i nazwisko, przyjmuje w zwyczajnym gabinecie w przeciętnej przychodni. Nosi nawet biały fartuch i ma tytuł lekarza, specjalisty nadto. Wywołana po numerze, który czyni mnie jak najbardziej anonimową dla pozostałych oczekujących, weszłam do gabinetu. Przywitał mnie lekko siwiejący i mocno łysiejący pan w średnim wieku, na powitanie racząc mnie swoimi przemyśleniami na temat wyników wyborów do parlamentu. Wysłuchując wystudiowanej opinii zerkałam delikatnie na moją kartotekę, która jak na razie nie doczekała się otwarcia. Ostatecznie pan doktor zapytał z czym przychodzę.
"Otóż boli mnie i tu kręgosłup i o tu ta kość biodrowa, dość mocno i długo. " Mój krótki opis okraszony był szczegółowym wskazaniem miejsc bólu. Pan zrobił minę pod tytułem "o nie takich bólach tu już słyszałem" i rozpoczął wywiad. Co Pani robi, czy coś podnosi, czy siedzi, czy chodzi. Ja opowiadałam o szczegółach mojego życia i sytuacjach w których mój organizm buntuje się w formie bólu, opowiadam bo mnie przecież pytał, ale widzę że nie bardzo słucha. Nawet nie to że nie bardzo tylko w ogóle. Wtedy pomyślałam sobie że może to szaman, który czyta w myślach i wcale nie potrzebuje mnie słuchać. Kiedy kazał mi się położyć na kozetce w zupełnym ubraniu moje wątpliwości urosły. Nie wiedziałam wtedy, że oto przy magicznej kozetce zwyczajny lekarz w zwyczajnym białym fartuchu, objawi mi się jako ponadprzeciętnie uzdolnione medium. Założywszy ręce do tyłu wpatrywał się we mnie chwilę z namaszczeniem, po czym całkiem poważnie zapytał
"Ma Pani psa czy kota?"
W ułamku sekundy poprzedzającym moją odpowiedź przez głowę przebiegło mi tysiąc myśli, w tym takie, czy gdy powiedziałabym mu, że kota, to kazał by mi go oskórować i przykładać w bolące miejsce? Czy z psa też robi się wywary na bolące miejsca? Wtedy odkrył przede mną prawdziwe szamańskie oblicze, a ja ze strachu i przekonana, że potrafi czytać mi w myślach, powiedziałam prawdę, że psa. Niezrażony tą informacją złapał mnie za nogę, uniósł do góry i zaczął bacznie przyglądać się sufitowi. Trwało to kilka chwil, zanim na tymże suficie duchy przodków objawiły mu prawdy skrywane pod moją warstwą skóry, tłuszczu i mięśni, a mianowicie:
"Ma Pani zdrowe biodra."
I w tym punkcie zgadzaliśmy się oboje, bo ja w zasadzie z czym innym przyszłam. Przypomniałam szamanowi że mnie
boli trochę inne miejsce i dodałam w desperacji, że w systemie jest moje zdjęcie miednicy. Szaman zeźlony moją totalną ignorancją i impertynencją, ledwie rzucił jednym okiem na tak niegodny szamana sprzęt jakim jest komputer i orzekł z niesmakiem:
"Bez sensu to zdjęcie."
Zależy jak dla kogo. Bo ja mu nie zdążyłam dopowiedzieć że to zdjęcie jest jednak rentgenowskie, ale za to całkiem udane, według większości podręczników anatomii, wygląd mojej miednicy jest prawidłowy. Szaman orzekł jednak, że źródłem moich problemów jest prawdopodobnie zbyt duża waga. Po moim pospiesznym oświadczeniu, że oto w tym roku ubyło mi kilkanaście kilogramów, szaman, zupełnie niezbity z tropu, przekonywał że szybka utrata wagi również jest niebezpieczna. Wyjął kartkę z ćwiczeniami i kazał sumiennie ćwiczyć wątłe mięśnie niezdolne unieść ciężar mojego ciała. Wobec mojej nieufności w jego szamańskie zdolności, nie odprawił żadnych czarów, czy zaklęć, zdecydował się za to wypisać recepty. Od razu uprzedziłam, że biorę od jakiegoś czasu blablablatynę.
"A co to jest?"
Widać nie jest to szamański środek, a jedynie całkiem laboratoryjna substancja.
"Na Dojmujący Smutek."
Podniósłszy jedną brew dociekał:
"A co się dzieje że sięgnęła Pani po blablablatynę?"
Sięgnąć, to można sobie po czekoladę, albo po papierosa. Szaman przewiercił mnie wzrokiem zapewne czytając mi w myślach jak w otwartej księdze. Bałam się, że zaraz wyczyta, że mam nieregularny okres i o tym też będzie chciał pogadać....
"Przepisał mi lekarz specjalista, bo różnie sie dzieje."
Szaman skrzywił się okrutnie na dźwięk słowa specjalista, jak gdyby gardził wszystkimi lekarzami wychowanymi li tylko na wiedzy książkowej. Uchylając jednak rąbka przepastnej otchłani niezmierzonej mądrości rzekł poufale:
"Trzeba było wczoraj iść na wybory i zagłosować inaczej niż wszyscy, to Dojmujące Smutki by Pani przeszły."
Porażona głębokością tej mądrości uczciłam ją minutą ciszy.
Ponieważ za wizytę płaciła Kasa a nie ja osobiście, szaman adekwatnie do wynagrodzenia zaprzestał okazywania sztuczek, nie wyciągnął żadnej szczurzej łapki dla odegnania demonów bólu, nie kazał łykać sproszkowanego rogu nosorożca, nawet nie rozpalił ogniska. Wypisał za to bardzo konkretne recepty na bardzo konkretne leki za bardzo konkretne pieniążki. A ponieważ przekonał się o moim całkowitym dyletanctwie w zakresie szamańskich sztuczek, skierował mnie na kolejne zdjęcie. Rentgenowskie.
Ze strachu nie pójdę do niego chyba już nigdy.


Drodzy czytelnicy, wiadoma Wam jest moja ogromna wyobraźnia i fantazja, uwierzcie jednak, że to wszystko ZDARZYŁO SIĘ NAPRAWDĘ.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...