Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dożynki

Dożynki są świętem dziękczynienia za plony. Za to, że trud i wysiłek ludzi wkładany w uprawę roli, ich miłość i przywiązanie do ziemi, pokora wobec nieprzewidywalnej natury zaowocowały zbiorami, którymi mogą wyżywić siebie i nas. Być może nie świętuję ze wszystkimi, ale ten dzień bliski jest mojemu sercu. Wychowana na gospodarstwie noszę w sobie ogrom szacunku dla rolników.  Gdy zamykam oczy czuję na dłoni ciepło zebranego właśnie zboża, jego duszny, mączny zapach. Czuję zapach wygrzanej w słońcu słomy, ostrość kłującego po łydkach rżyska. Wciąż czuję na ramionach palące sierpniowe słońce, słony pot i kurz lepiący się do mnie.  Pamiętam chłodny sobotni poranek, gdy zaczynały się wykopki. Zapach wilgotnej ziemi i terkot maszynki do kopania. Smak grzanej kiełbasy, baby drożdżowej i słodki, mdły dym ogniska na polu, a na koniec lekko spalone ziemniaki. Pamiętam jak pachnie zagon buraków pastewnych późnym popołudniem, gdy rosa wydobywa z niego całą słodycz. Czuję w ustach ziarenka...

Na beskidzkim szlaku

 To był świetny plan. W zasadzie nie było w nim punktów, które mogłyby się nie powieść, nie licząc wypadków losowych. Starannie zaplanowana droga, trasa i dzień dla siebie. Żądna samotności, spacerów i zmiany otoczenia zaplanowałam niedzielny wyjazd do Ustronia celem podziwiania widoków podczas spacerku wokół miasta, wytyczoną trasą. Podług wszelkich przewodników trasa widokowa jak sama nazwa wskazuje miała cieszyć oczy i nie męczyć zbytnio turysty, bowiem zakwalifikowana została jako łatwa.  Niedziela zaczęła się chłodnym i chmurnym porankiem, który obiecywał mi zakładane 25 stopni przy "całkowitym lub umiarkowanym zachmurzeniu" jak wieścił dzień wcześniej mój guru pogodowy. Spoglądając w niebo, na prognozy i swoje krzywe nogi w lustrze odrzuciłam pomysł zabrania krótkich spodenek i wpakowałam swoje nadwagowe ciało w dżinsy i koszulkę.  Idealnie podjechałam na peron, pociąg przyjechał również idealnie, w Katowicach szybko znalazłam peron i tor przesiadki a z megafonu zro...

Pocałunek w czoło

Można kogoś pocałować.  Dżentelmeńsko, w rękę, z szarmancją i delikatną czułością, kłaniając się przy tym odrobinkę i czasem patrząc głęboko w oczy.  Po przyjacielsku, w policzek, zostawiając na ułamek sekundy ślad swoich ust i ciepły zapach perfum. Jak kochanek, w usta, namiętnie, z pasją, zostawiając bez tchu i z rumieńcem na policzkach. Dla mnie najwspanialszy był zawsze pocałunek w czoło. Tak bardzo intymny, czuły, pozbawiony krzty seksualnego podtekstu. Opiekuńczy, matczyny, pełen przywiązania, miłości i troski.  Pamiętam, jak wychodząc wieczorem do swojego pokoju żegnałam siedzącego na kanapie tatę krótkim pocałunkiem w czoło. Czasem nie było okazji do rozmowy przez cały dzień. Czasem kłóciliśmy się zażarcie. Czasem tak samo mocno go nienawidziłam, jak kochałam. Ale kiedy siedział patrząc na film, a ja wychodziłam do siebie, stawałam za nim, wichrzyłam mu włosy i składałam krótki pocałunek w czoło. Gdy zamknę oczy pamiętam jeszcze zapach jego skóry i frakturę włosów...

Nie wycina się starych drzew

 W naszym ogrodzie stoi stara brzoskwinia. Kilka lat temu pełna zielonych błyszczących liści uginała się od ciężaru owoców. Pamiętam, jak z okrągłym brzuchem zbierałam je, obierałam i robiłam sok z myślą o małym Rysiu, którego miałam lada chwila urodzić. Jednego roku owoce były tak duże i piękne jak te na sklepowych półkach. Zajadałam się nimi zamiast śniadania i kolacji. Pewnego roku obsypała się różowymi kwiatami, po czym zrzuciła wszystko z siebie i od tego czasu stoi naga, jakby bezużyteczna, niezdolna rodzić, a jej popękana, łuszcząca się kora nawet nie czyni z niej ozdoby ogrodu. Stoi jednak nadal. Biedna starowinka użycza swoich gałęzi wiszącym doniczkom z kwiatami, jest drapakiem dla kotów i podporą dla dzikiej sadzonki bluszczu. Nieopodal szumią pełne młodzieńczego wigoru drzewa czereśni i śliwy, które jednak dopiero uczą się radzić sobie z porywistym wiatrem, zimowymi mrozami i kapryśna pogodą.  Nie mam serca jej wyciąć, zlikwidować, pozbawić naszego otoczenia jej wi...

ona

Spoglądam w lustro i nie wiem do końca, czy po prostu jej nie lubię, czy to już raczej jawne obrzydzenie tamtą, która na mnie spogląda. Nienawidzę jej. Podstarzała, zaniedbana, bez ambicji. Jestem na nią zła, za te starzejące się oczy, o których za chwilę nikt już nie powie, że piękne. Krzywe kreski, ledwie maźnięte rzęsy, brwi raz są, a raz ich nie ma. I jakieś ostre spojrzenie, całkiem nie moje i nie pasujące do mnie. I te kolejne podbródki, zero kształtu, brak rysów i wyrazu. Przegapione trzydzieści kilo, zaniedbane piersi obwisłe, dawno już bezużyteczne, fałdki, oponki i przygarbione plecy. Brak chęci, motywacji, wysiłku. Wszystko w głowie a nic naprawdę.  Te zapomniane pomysły, zrywy nagłe, przebrzmiałe, po których jej został niesmak i żal. Wymyślić, nie zrobić, zapomnieć, zepchnąć w otchłań najdalszą. Smutek, smutek i wiecznie ten smutek... Co z tego, że uśmiech, co z tego, że zabawnie. Zawsze ten cierń, kolec, nic mi się nie chce i znowu to życie. Wstać, połknąć, wypić, zje...

Pokolenia

 8 osób na zdjęciu, 6 kobiet, trzy pokolenia. Za nami jak blade klisze wspomnienie tych, co odeszły. Babcia, jej wcześnie zmarła mama i te wszystkie wcześniej, których nie poznałam nawet z opowieści. Za dwadzieścia lat nasze córki ze swoimi dziećmi, kolejnym pokoleniem wplecionym w koło życia. Rodzimy się z bagażem doświadczeń i wiedzy naszych przodkiń. Dajemy życie przekazując wiedzę, kulturę i tradycje następnemu pokoleniu. Jesteśmy jak filary mostu, sprawiające, że droga może pójść dalej. Ze wszystkich ciężarów przeszłości odrzucamy połowę dla dobra naszych dzieci. Każda chce zbudować coś lepszego niż poprzedniczka. Tupiemy nogą na błędy naszych babek i rzucamy się popełniać własne. A przecież korzenie przypominają o sobie. Przepracowane, zgarbione, bez prawa do siebie, ciągną nas czasem w dół poczuciem braku wartości. A w naszym świecie już dawno możemy chodzić do szkoły i zdobywać tytuły magistra. Nie ma już przecież chusty i zapaski, nosimy modne spodnie, szpilki i perfumy. ...

Zmierzch

Pewna osoba powiedziała mi ostatnio, że chyba lubię zachody słońca, ponieważ często je fotografuję i wrzucam w internet.  Myślałam trochę nad tym stwierdzeniem i doszłam do wniosku, że wiele w nim prawdy.  Nie widziałam nigdy dwóch identycznych zachodów, chociaż krajobraz za oknem nie zmienia się codziennie, nie podróżuję, nie przeprowadzam się co chwila. A jednak każdy z nich był niepowtarzalny. Spektakl rozgrywający się na niebie przez zaledwie kilkanaście minut zachwyca za każdym razem. Paleta ciepłych barw od żółci, czerwieni przez róż i fiolet aż po zimny, bladoniebieski zenit i ciemniejący granatem wschodni horyzont. Do tego chmury, lub ich brak. Czasem puszyste obłoczki wylegujące się w ostatnich promieniach słońca, czasem masywniejsze, cięższe, szaro-bure, które zastygają na moment ogrzewając brzuchy w purpurowych promieniach. Nieraz pierzaste obłoczki ledwo widoczne na wysokim niebie złocące się pięknie. Bywają i potężne nabrzmiałe od deszczu przez które ledwie prześw...