Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wiankowy portret

D ma oczy jak koniakowe bursztyny. Przepiękne, te najdroższe, z inkluzjami, które czynią je niepowtarzalnymi. I ona cała jest jak bursztyn. Na wskroś naturalna. Prawdziwa. Z każdą zmarszczką, plamką na dłoni, ze szczerością w sercu. Jest ciepła. Bursztyny są ciepłe. Emituje delikatne ciepło, w którym sporo z nas chciałoby się ogrzać. Ciepło akceptacji, brania życia jak leci, lekkiego humoru i codziennej wytrwałej pracy. Zawiera w sobie prawdy zaszyte przez pokolenia. Mówi prosto, otwarcie i prawdziwie. Czerpie z przeszłości, z bogactwa prastarej mądrości. Nie potrafi milczeć, ale dziwne, że zawsze trafia w sedno, choćby to kłuło i bolało. K jest jak diament w piosence Marilyn Monroe. Najlepszy przyjaciel dziewczyny. Ona sama jest właśnie jak diament, błyszczy, chociaż wcale nie musi się starać. Ale to uwielbia. Gwiazdka. Ale nie puste świecidełko. Ma w sobie seks, szyk i błysk, zupełnie jak wspomniana aktorka. Zdaje się ulotna w swej eterycznej urodzie. Zbyt doskonała jak na rzeczywist...

Myślodsiewnia

Chciałabym mieć myślodsiewnię Dumbledore'a. Dyrektor szkoły magii Hogwart posiadał magiczną czarę, do której mógł włożyć myśli wyciągnięte z własnej głowy. Te, które były zbędne, których było za dużo, które przeszkadzały w jasnym myśleniu. Być może wrzucał tam również te, które go smuciły, przerażały, przygnębiały. Ja bym na pewno tak robiła. Jest ich w mojej głowie za dużo po prostu. Ściskają się tam, kłębią, jak żmijowisko. Głównie te złe, szpetne, smutne. Strachy, obawy, lęki. Krzywdy, niesprawiedliwości, zło. Miliony informacji, obrazów, emocji. Wszystko trafia we mnie jak celny pocisk. Moja głowa przed niczym nie potrafi się ochronić. Chciałabym, żeby nie docierało do niej nic. Ciągle przetwarza, wyciąga z przeszłości, sprzed chwili, miesza i śle wizje. Męczy trwożliwe serce tysiącem złych obrazów. Nie potrafię ich wyrzucić, a przecież ich nie chcę. Czuję, że już tam jest za ciasno, że kąsają, atakują, nie potrafię uciec, przestać myśleć, nie panuję nad nimi. Nie mam ucieczki...

Dożynki

Dożynki zawsze były bliskie mojemu sercu. Jako wnuczka gospodarzy tematy rolnicze mam we krwi. Wychowana w poszanowaniu natury, ukochaniu jej darów i szacunku wobec jej potęgi. Małe gospodarstwa rozsiane po śląskiej ziemi są moim najukochańszym wspomnieniem minionych lat, a ich zmniejszająca się liczba smuci mnie ciągle. Nasz wyjątkowy Heimat upstrzony szybami kopalń, hałdami, ceglastymi familokami, kominami hut, a między tym wszystkim pocięte miedzami kawałki pól i łąk. Pasące się krowy, kozy. Zaprzątnięte do gospodarskich maszyn konie, kiwające łbami przy ciężkiej pracy. Na równi z traktorami i kombajnami. Wzajemne pozdrowienia i słynne: "Szczęść Boże". Któż bowiem jest bliżej Boga jak ten, który w codziennej pracy zachwyca się Jego dziełami. Mglistymi wiosennymi porankami, kiedy gnój parował na widłach. Rześkimi wschodami, kiedy nawet krowy niechętnie wstawały ze słomy. Wilgotną, świeżo zoraną ziemią gotową na sianie i sadzenie. Kwietniowymi deszczami dającymi życie. Majow...

Babeczki z rodzynkami

Czuję już na plecach oddech zbliżającej się imprezy, w której organizację włączyłam się wraz z koleżankami z koła gospodyń wiejskich. Reaktywowane KGW to poza moją osobą kilkanaście kobiet w różnym wieku, różnych zawodów, zainteresowań i poglądów. Jakoś tak się złożyło, że dobrze nam ze sobą, w naszym babskim towarzystwie. Ciężko nas porównać do podobnych formacji sprzed jeszcze choćby dekady. Kolorowe wianki, zwiewne spódnice i t-shirty z zaprojektowanym dla nas logiem. W końcu robić coś dla innych można i bez szumnego stroju. Pokazywać naszą kulturę i tradycję można też w dżinsach, ale za to z gorącym sercem. Ostatnio myślę gdzie byśmy były bez tych, którzy cicho i wiernie towarzyszą nam w tym wariactwie. Naszych mężów.  Siedzimy do późna na próbie. Śpiewy, teatry, kupa śmiechu i poważne rozmowy rozpływające się w gęstej czerni nocy. Ten jeden dzień, kiedy kto inny ogarnia kolację, kąpanie i mycie zębów. Kiedy ktoś siedzi sam na kanapie z pustym miejscem obok. Kiedy nie ma kogo z...

List do Taty #3

Wyślij pocztówkę, choć może lepiej  list napisz długi  na czerpanym papierze. Opowiedz to wszystko  czego w tamtym czasie usta strwożone prawdą  nie wypowiedziały. Ucisz tęskniące serce, żalem ściśnięte od dawna, ciche w swym łkaniu daremnym samotne w swej małej żałobie. Pogłaszcz mnie we śnie  szukającą Ciebie jak Jan swej Urszulki po wszystkich zaświatach. Napisz mi proszę, czy serce wciąż gorące, czy pamięć wciąż o nas jak nasza o Tobie? Daj znać, czy u Ciebie sierpniowe słońce się złoci, poranna rosa rzeźwi, wiatr pachnie schyłkiem lata? Czy tam gdzie jesteś, niebo jest błękitne, czy możesz leżąc  zgadywać kształty chmur? Czy dojrzewa śliwka, czy kwitnie wrotycz, czy się czerwienią  dzikie jabłka w sadach? Czy Twoje oczy brązowe  wciąż bystre i czujne, czy wąs wciąż i Ciebie i gęsta czupryna? Napisz choć słowo, napisz choć zdanie, niech wiem że Ci się nie dłuży  na mnie czekanie....

Pokolenia

Siedzę wpatrzona w kolejną pełnię. Myślę o tych ludziach, którzy byli tu kiedyś przede mną. Bez zegarów, smartfonów, z czasem mierzonym kolejnymi wschodami i zachodami, pełniami i całkiem czarnymi nocami. Łączy mnie z nimi niewidzialnie jego niezmienna tarcza, odmierzająca kolejne pokolenia. Przypominam sobie niedokładnie wszystkie przesądy i powiedzenia, które znała babcia na temat księżyca. Nie przypomnę ich już sobie dzisiaj dokładnie, śmiejąc się z nich zawsze, mając za zabobony i nic nie warte wierszyki. Jest przecież nauka. Jest coś potężniejszego od śmiesznych rymowanek. Nie umiałam pojąć wtedy i docenić wszystkich pokoleń matek i babek stojących swoją prostą mądrością za tym przekazywanym sobie porzekadłem. Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj czuję te niewidzialne nici, które mnie łączą z dziedzictwem moich przodków. Dostrzegam w sobie miłość do ziemi, do jej najprostszych prawd, do prostych zasad rządzących światem, do kilku bogactw. Wystawiam twarz do słońca, tak jak robiła to moja...

...a mi bardziej

Czasem bywa i tak, w próżnym, naiwnym kobiecym umyśle, że skoro się dni kilka unikało jedzenia rozsądnego, stałego, ciepłego, o porach - powiedzmy - przyzwoitych, to ostatecznie, po trudach tych wielu, można pójść na całość i zjeść hamburgera. Takiego, co to chodzi za człowiekiem kilka miesięcy, drepcze, człapie, na chwilę się przyczai, żeby wyskoczyć niespodziewanie z reklamy internetowej - na przykład. Nie jest to hamburger niedostępny zupełnie, wyidealizowany, zachowany tylko we wspomnieniach i przyprawiony szczyptą doskonałości, jaką zna jedynie nasza wybiórcza pamięć. Nie. Jest to danie pospolite, trywialne wręcz, serwowane w wiejskiej pizzeri, od lat kilku już, podnoszące swoją wartość jeśli chodzi o cenę przynajmniej, bo jeśli idzie o jakość to gwałtem na jego smaku w wersji zbójnickiej było zastępowanie oscypka serkiem góralskim jak mniemam, oraz żurawiny czymś ledwie podobnym. Mniejsza. Można się jednak skusić, raz na jakiś długi czas, przyjmując ryzyko lekkiego rozczarowania...