Czuję już na plecach oddech zbliżającej się imprezy, w której organizację włączyłam się wraz z koleżankami z koła gospodyń wiejskich. Reaktywowane KGW to poza moją osobą kilkanaście kobiet w różnym wieku, różnych zawodów, zainteresowań i poglądów. Jakoś tak się złożyło, że dobrze nam ze sobą, w naszym babskim towarzystwie. Ciężko nas porównać do podobnych formacji sprzed jeszcze choćby dekady. Kolorowe wianki, zwiewne spódnice i t-shirty z zaprojektowanym dla nas logiem. W końcu robić coś dla innych można i bez szumnego stroju. Pokazywać naszą kulturę i tradycję można też w dżinsach, ale za to z gorącym sercem. Ostatnio myślę gdzie byśmy były bez tych, którzy cicho i wiernie towarzyszą nam w tym wariactwie. Naszych mężów.
Siedzimy do późna na próbie. Śpiewy, teatry, kupa śmiechu i poważne rozmowy rozpływające się w gęstej czerni nocy. Ten jeden dzień, kiedy kto inny ogarnia kolację, kąpanie i mycie zębów. Kiedy ktoś siedzi sam na kanapie z pustym miejscem obok. Kiedy nie ma kogo zapytać, gdzie coś leży.
Wyjazd integracyjny. Od rana w busie, na szlaku, w muzeum, restauracji. Wymiana poglądów, diet, sposobów na niestrawność, puszysty biszkopt i gładkie pięty. Chichotanie niepasujące do wieku. Łzy w oczach, ale nie ze wzruszenia. Żarty, kawały, domowa wiśniówka. A z drugiej strony obiad u mamy, albo zrobiony dzień wcześniej. Męskie niedziele przed ekranami. Wypady na motor, rower, spacery. I święty spokój i dokuczliwa nieobecność.
Kolejne szaleństwo urodzone w gorączce - jakaś impreza, festyn. My w szale i amoku wymyślające coraz nowe zajęcia i sprawy. Wszystko na już i na zaraz, tylko nie wiedzieć jak i kim. Z drugiej strony półuśmiech cichego zrozumienia. Trzy westchnienia po czwartych zakupach w Biedronce. Prywatny kierowca i aktobata na drabinie. Złote rączki. Kubły zimnej wody wylane na nasze płonące pomysłami głowy. Te myśli, że przecież minie i one wrócą na swoje tory. Pomoc męskich ramion i dłoni. Biegający za dziećmi, kiedy my brylujemy w towarzystwie.
Zawsze jakoś są obok. Znoszą cicho nasze dziwactwa i pomagają je spełniać. Nie rozumieją w ogóle naszego pędu do tych wszystkich działań, ale kochają nasz błysk w oku po każdym evencie. Być może więcej rozumieją niż chcą powiedzieć, a może tylko nic nie mówią z wiernej miłości. Czasem się podśmiewają, czasem dokuczą, ale w głębi serca każdy z nich rozumie, że nasza wzajemna terapia kobiecego kręgu jest nam tak bardzo potrzebna.
Nie jesteśmy samotną wyspą kobiet na oceanie społeczeństwa. Potrzebujemy pobyć ze sobą, ale w ścisłej z Nimi symbiozie. Biegniemy zobaczyć się oczami fleszy i pochwał, aby wrócić do domu i z głęboko skrywanym poczuciem winy robić dla bliskich wciąż więcej i więcej. Przebieramy się w stroje i bawimy się w teatr, bo przecież każda marzyła kiedyś o aktorstwie. A potem znowu szorujemy zaschniętą pastę na umywalce. Ściskamy rękę burmistrzowi rosnąc o parę centymetrów i wracamy szybko tulić do snu nasze dzieci. Pozwalamy sobie na chwilę znowu mieć panieńską radość, energię, żywotność i witalność, aby na koniec dnia wsunąć zimne stopy pod kołderkę męża i stęknąć sobie przy wstawaniu z kanapy.
Pojutrze znowu będą. Ci sami - towarzysze, przyjaciele nas wszystkich. Pomogą, podadzą, podniosą, powiedzą: zostaw, ja to zrobię.
Wiem, że to nie historia każdej z nas, ale prawdziwa i obecna. Lubię nas obserwować i patrzeć jakie to my jesteśmy fajne babeczki, ale przecież najlepsze - z rodzynkami....!
Komentarze
Prześlij komentarz