Czasem bywa i tak, w próżnym, naiwnym kobiecym umyśle, że skoro się dni kilka unikało jedzenia rozsądnego, stałego, ciepłego, o porach - powiedzmy - przyzwoitych, to ostatecznie, po trudach tych wielu, można pójść na całość i zjeść hamburgera. Takiego, co to chodzi za człowiekiem kilka miesięcy, drepcze, człapie, na chwilę się przyczai, żeby wyskoczyć niespodziewanie z reklamy internetowej - na przykład. Nie jest to hamburger niedostępny zupełnie, wyidealizowany, zachowany tylko we wspomnieniach i przyprawiony szczyptą doskonałości, jaką zna jedynie nasza wybiórcza pamięć. Nie. Jest to danie pospolite, trywialne wręcz, serwowane w wiejskiej pizzeri, od lat kilku już, podnoszące swoją wartość jeśli chodzi o cenę przynajmniej, bo jeśli idzie o jakość to gwałtem na jego smaku w wersji zbójnickiej było zastępowanie oscypka serkiem góralskim jak mniemam, oraz żurawiny czymś ledwie podobnym. Mniejsza. Można się jednak skusić, raz na jakiś długi czas, przyjmując ryzyko lekkiego rozczarowania. Ponieważ jednak hamburger sam w sobie nie stanowi wartości wystarczającej, aby się zechciała pizzeria fatygować z dowozem, dobrze jest dobrać dwie małe pizze dla dwóch małych głodomorów. Pani przez telefon o wszystko dopytała, skrzętnie zanotowała i obwieściła, że zamówienie będzie za godzinę. Doliczając światła na remontowanej drodze, za duży poziom optymizmu mojej rozmówczyni, można uznać, że zamówienie było na czas, po godzinie i czterdziestu minutach. Wszyscy zdążyli być głodni. Niektórzy nawet głodni i mocno zafiksowani na punkcie długo wyczekiwanego dania. Dlatego Ci niektórzy pędem dobiegli do bramy i ochoczo machali kartą przed terminalem, który życzył sobie dziwnie mało, jak na takie zamówienie. Jeszcze się pierwsza mała lampka podejrzeń nie zdążyła zapalić w mojej głowie, kiedy oślepił mnie blask ostrzegającego halogena o mocy stu procent podejrzeń, że coś jest nie halo, na widok dwóch płaskich jak deska pudełek. Lekkie doświadczenie życiowe pozwoliło mi szybko ocenić, że nie ma na świecie takiego hamburgera z mięsem, oscypkiem, sosem i w ogóle, który by się zmieścił do kartonowego pudełka na pizzę. Zadowolony Pan kierowca wręczając mi kolację dla głodomorów na moje pytanie "a gdzie hamburger!?" odpowiedział - dość rezolutnie jak na kogoś, kogo pewnie nie stać na implanty z pensji kierowny w pizzeri - że nie ma. Ale jak Pani domówi, to dowiozę. Taaaaaa..... Jasne. Zamykają za dziesięć minut, a tyle to się na samych światłach stoi, a gdzie reszta. Rozczarowanie kazało mi zadzwonić poinformować szanownych pracowników, że moje zamówienie zostało źle przyjęte, cokolwiek by to miało zmienić w mojej sytuacji. Czekając, aż ktoś odbierze telefon, usłyszałam od głodomora z buzią pełną pizzy, że mu przykro. No dzięki, Kochana, mi tak jakby bardziej. Bardzo sympatyczna pani, która końcem końców odebrała telefon oznajmiła, że tu tak na karteczce nie ma ani słowa o hamburgerze, że jej jest niesamowicie przykro (taaa, mi tak jakby bardziej), ale wszyscy poszli do domu i nikt mi już tego dania nie przygotuje. Logika tego argumentu rozłożyła mnie na łopatki i kazała się nasycić ogryzkami głodomorów.
Czas mijał, potężna rana na moim sercu zdążyła się lekko zabliźnić, głównie za sprawą absurdalnych ilości zjadanego arbuza i uczucia pełnego brzucha. Jednak do czasu... Facebook - dzieło szatana, magów galijskich i Zuckerberga - zaczęło podsuwać mi posty pobliskiej budki z lodami i zapiekankami. Smaczne, chrupiące, znikające w mgnieniu oka.... Gwoździem do trumny moich postanowień niejedzenia fast foodów było stwierdzenie koleżanki z pracy "zjadłabym zapiekankę". Ona by zjadła!! A ja!? A ja też bym zjadła, nawet bardziej, bo mi się dziejową sprawiedliwością należy za ten nie dowieziony hamburger sprzed miesiąca. Uzbrojona w godzinne spóźnienie, głód i towarzystwo głodomorów wyruszyłam do innej pobliskiej miejscowości szukać smaków młodości w zapieksach. Przecież jak pojadę i przy ladzie zamowię, to się nikt nie wyprze. Ba! Nawet to tańsza impreza i pewnie będzie pysznie. Głodomory wzięły lody, a ja piękną zapiekankę o greckim smaku, z sosem tysiąca wysp łamany na czosnkowy, rukolą i obietnicą nieba w gębie. Ale trzeba poczekać dwadzieścia minut, bo jeszcze jest kilka w kolejce. Tak tak. Pewnie. Co tam i tak szybciej, niż godzina czterdzieści. Głodomory pałaszują lody, słoneczko grzeje, kolejni klienci odchodzą z kartonikami pachnącymi pieczarkami i serem. I jakoś tak nagle mój mały amator czekoladowych lodów z polewą, a jakże, czekoladową mówi: "o, ale czarny dym!". No zaiste, nieco się przydymiło. Jakiegoś gofra może za długo się trzymało, czy coś. Ale dymu sporo, ktoś po straż chce dzwonić. No ludzie, żeby tak od razu spalonymi goframi strażaków częstować.... Dymu jakby coraz więcej, lekkie zamieszanie dokoła, ktoś coś mówi że się pali. "Mamo a oni tam wynieśli piecyk bo on się palił. Chyba ten z Twoją zapiekanką." O, co to, to nie. Może i się piecyk zajął lekkim ogniem, ale moją zapiekankę, jak sądzę, uratowano. Może wystarczy tylko lekko zeskrobać nadpalony ser, polać sosem tysiąca wysp łamane na czosnkowy, posypać rukolą, która się przecież nie spaliła i już.
"Wie Pani co, bo nam się piecyk spalił z tą Pani zapiekanką i Pani już jej dzisiaj nie dostanie. Przykro mi..."
No mi, kuźwa, bardziej!!!
Komentarze
Prześlij komentarz