D ma oczy jak koniakowe bursztyny. Przepiękne, te najdroższe, z inkluzjami, które czynią je niepowtarzalnymi. I ona cała jest jak bursztyn. Na wskroś naturalna. Prawdziwa. Z każdą zmarszczką, plamką na dłoni, ze szczerością w sercu. Jest ciepła. Bursztyny są ciepłe. Emituje delikatne ciepło, w którym sporo z nas chciałoby się ogrzać. Ciepło akceptacji, brania życia jak leci, lekkiego humoru i codziennej wytrwałej pracy. Zawiera w sobie prawdy zaszyte przez pokolenia. Mówi prosto, otwarcie i prawdziwie. Czerpie z przeszłości, z bogactwa prastarej mądrości. Nie potrafi milczeć, ale dziwne, że zawsze trafia w sedno, choćby to kłuło i bolało.
K jest jak diament w piosence Marilyn Monroe. Najlepszy przyjaciel dziewczyny. Ona sama jest właśnie jak diament, błyszczy, chociaż wcale nie musi się starać. Ale to uwielbia. Gwiazdka. Ale nie puste świecidełko. Ma w sobie seks, szyk i błysk, zupełnie jak wspomniana aktorka. Zdaje się ulotna w swej eterycznej urodzie. Zbyt doskonała jak na rzeczywistość. Jakby jej nie dotyczyły przypalone naleśniki i błędy wychowawcze. Jej nieco chropowaty głos jest jak ostry szlif na kamieniu, gdy dobrze rzucić światło - razi blaskiem. Jest cudowna w swej przyziemnej obecności, zwyczajności, codzienności łączącej ją z każdą z nas.
M przypomina mi pannę Marple z powieści Aghaty Christie. Znawczyni ludzkiej natury w wydaniu, którego nic nie zdziwi. Nie krytykuje. Uważa, że wszystko ma swoją przyczynę i swój sens. Wyznaje zasadę, że jeśli jest źle, to po to, żeby było lepiej. Uśmiech jest jej darmowym lekiem na wszystko. Stara się być tak zajęta, żeby nie dogonił jej czas. Wciąż głodna wyzwań, ludzi, obecności i bycia potrzebnym. Dla mnie cudowny przykład, że naprawdę nie trzeba być w życiu marudą. I że nigdy nie jest za późno, żeby coś zacząć.
J jest jak kot. Lubi dać się głaskać, ale najbardziej ceni sobie swoje ciche, skryte, mruczkowe życie. Ruchy ma z pozoru powolne, ale potrafi być cicha i gibka jak mały kocurek. Ma swój świat. Czasem dzieli się nim z innymi. Ma wiele tajemnic, jak na kota przystało. I, o ile wolno mi przypuszczać, lubi czasem powałęsać się w różnych miejscach, po czym wraca do domu i - tego jestem pewna - mruczy z zadowolenia. Cicha i wycofana, a jednak nieoceniona. Pomocna i zawsze tam, gdzie potrzebna.
A jest trochę trzpiotką. Taką sympatyczną, za którą wszyscy szaleją. Takie panaceum do równowagi, antidotum na codzienny stres i trud. Odskocznia od powagi codziennego dnia. Jak aktorka, która gra swoją rolę. A jest jednak bardzo naturalna w swej roli, a ciężar życia zdradza jedynie kilka zmarszczek wokół oczu. Zawsze stara się dostrzec coś pozytywnego. Zawsze uśmiechnięta. Zawsze potrafi też rozśmieszyć . Jej busolą jest najbliższy sercu człowiek, przyjaciel, mąż.
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób jest zamierzone, subiektywne i niekonsultowane.
Ciąg dalszy nastąpi.
Komentarze
Prześlij komentarz