Przejdź do głównej zawartości

Posty

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

W rytm melodii

Kilka wirujących taktów porwało moje serce daleko. Skoczne i żywe nuty wybudziły go z bezpiecznego letargu. Czuję, jak w żyłach zaczynają pulsować ćwierćnuty, jak płuca pracują pod takt siedem ósmych. Między palcami przebiega melodia, jakbym mogła jej dotknąć i poczuć. Następny krok stawiam, jakbym miała tańczyć. Lekko i na palcach. W środku wszystko wiruje, spływa miękko do bioder i tam zostaje na dłużej. Palce same pstrykają, przymykam rozmarzone oczy, żeby lepiej słyszeć.  Spływa na mnie fala prawie fizycznej pieszczoty, kiedy każdy dźwięk i rytm spływa od czubka głowy przez ramiona i w dół powodując skurcze brzucha. Chciałabym w takiej chwili być gdzieś daleko, całkiem sama i wolna. Pozwalać słońcu całować się po twarzy, nie przejmować się fryzurą, którą szarpie wiatr. Dać mu wywiać z umysłu myśli złe, przykre, smutne. Obawy i lęki. I to, że nigdy i to, że zawsze. Zmarnować czas na siedzeniu w półuśmiechu z głową pełną przyjemnych myśli. Pozwolić łaskotać się trawom i wyobrażać...

Uśpiony zimowy świat

Zima usypia wszystko. Nagie, rozciapierzone gałęziami zimowe drzewa wyglądają za słońcem. Zdeptana, pożółkła trawa poddała się w nierównej walce i leżąc, czeka wiosny. Suche badyle traw bardziej straszą niż cieszą oko. Okazjonalnie przystrajają się w szadziowe sukienki, przypominając o trwającej zimie. Słońce wpada na chwilę, aby zniknąć szybko za horyzontem. Zazwyczaj wkłada futro z szarych, bądź granatowych obłoków i tak przechadza się leniwie, ledwo co dosięgając nas swymi promieniami. Czasem wypuści na zachodzie powłóczyste spojrzenie rozpalając niebo do czerwoności. Ptaków prawie nie słychać, czasem para sikorek się pokłóci o kawałek czegoś smacznego. Wróble korzystają z resztek po kocie. Czasem się boję, że zostawia je specjalnie, aby zapolować na któregoś małego żarłoka niezdolnego wzbić się w górę z pełnym brzuszkiem.  W naszym małym kącie pospały się również nasze domy. I te wielkie, przysadziste, z ponad stuletnią historią, i te mniejsze, młodsze. Trwają cichutko w te zim...

Wspomnień mała garść

Jest lipiec 1997 roku. Pada, wciąż pada. W lesie jest kilkucentymetrowa warstwa wody. W piwnicy ciągle chodzi pompa. Ja, blada i przerażona, z trwogą słucham prognozy pogody i Dziadka złorzeczącego na wszystko. Boje się bardzo. Jakimś zbiegiem okoliczności zostaje na noc u Babci w łóżku. Na szczęście tyłem do okna, z wysokim wezgłowiem, zza którego nie widać błyskawic. Wpatruję się w piękny uśmiech Babci na ślubnym obrazie dziadków na ścianie naprzeciw. Usypia mnie kojące, czerwone światło nocnej lampki. Po jakimś czasie Babcia siada obok i szepce różaniec. Taki, który moim zdaniem ochrania cały nasz dom.  Zima. Biała, puszysta, śnieżna i zimna. Dziadek prezentuje z dumą drewnianą, malowaną na zieloną bryczkę. Zrobił ją sam przy pomocy mojego Taty. Jest nieco toporna, ale nasza własna. Zabiera mnie z siostrami na piękną przejażdżkę lasem. Koń prycha i parska. Gałęzie nisko zwisające nad aleją co chwila uderzają nas w twarz. Trzęsie okrutnie. Jest pięknie. Słoneczne popołudnie, praw...

Nie moja bajka

Ktoś moją postać włożył do złej bajki. Bez dawno, dawno temu i brakuje sześciu lasów. Góry, zależy jak liczyć, ale siedmiu nie ma na pewno. Nie ma, że piękna i w ogóle w tej bajce bardzo wiele się różni od każdej jednej bajki. Jakoś mi tu nie na miejscu i wciąż jakby czekam na swoją rolę. Przemykam przez karty tej powieści, bez swojego miejsca i swojej historii. Wszędzie na chwilę i jakby przypadkiem. Do nikogo nie pasuję, taka z innej bajki. Ciągle wszystko za późno, źle i nie jak być powinno. Wciąż mieszkam w chmurach i snuję marzenia. Spoglądam na słońce przez krople rosy. Wystawiam twarz na wiatr i słucham co szepce. Słucham ciszy i muzyki. Widzę za dużo. Myślę za wiele. Rozrywam serce tysiącem wzruszeń. Tańczę w myślach, śpiewam, chociaż nie potrafię. Wplątuje palce w długie trawy. Doświadczam dotykiem świata dookoła. Spacerując nocą wpatruję się w gwiazdy. Zaczarowuje mnie zachód słońca. Urzekają barwy nieba, warstwy chmur i sylwetki samolotów. Podziwiam najmniejsze kwiatki na łą...

świąteczne wspomnienia

 Wiecie, że kiedyś lampek się nie wyrzucało? Naprawiało się, naprawdę. Wcale nie tak dawno temu. Zazwyczaj kilka dni przed Wigilią. Tata siadał z papierosem w ustach, kawą na taborecie, noga na nogę założył i najpierw delikatnie rozplątywał gąszcz kabelków a potem sprawdzał, dlaczego nie świecą. Zawsze nie świeciły.  Pół biedy, jeśli to był komplet od babci, z żarówkami imitującymi świeczki. Wykręcało się taką, sprawdzało na płaskiej baterii (tata mnie uczył jak) i ewentualnie wymieniało. Pamiętam, że można było kupić zapasowe na targu. Te żarówki z gwintem i takie maleńkie z dwoma drucikami. Te drugie były do "nowoczesnych" lampek. Drobne, delikatne, można ich było mieć w komplecie ponad setkę. Jak taki komplet się zepsuł, po rozplątaniu tata siedział i wyciągał co którąś lampkę i sprawdzał, czy w obwodzie jest prąd. Dopóki był, lampi były sprawne (wtedy dowiedziałam się, co to połączenie szeregowe a co równoległe), a jak nagle zniknął tata wyjmował każdą (!) i sprawdzał na ...

Jak pachniał grudzień?

Kiedyś to grudzień pachniał mroźnym powiewem zimowego chłodu, który wkraczał do domu z każdym wchodzącym. Orzeźwiający, z czerwonymi policzkami i zimnymi dłońmi. Uciekający szybko, gdy go ogrzać nad blachą węglowego pieca. Schowany w grubym waciaku i gumofilcach. Potrafił wniknąć w człowieka do środka, ale szybko przepędzała go malinowa herbatka. Pachniał kiedyś rozgrzanym, węglowym piecem. Ta mieszanka gorącego metalu, palonego drewna, gotującej się wody i obiadu ogrzewa do dziś moje serce. Zawsze można było się ogrzać, przysiadając na ryczce obok. Zawsze można było zrobić coś ciepłego do picia. A i jedzenie smakowało inaczej, gdy je przyrządzano na żywym ogniu.  Pachniał żywicą sosnowych i świerkowych gałęzi. Przynosił je dziadek przed samymi świętami, żeby ozdobić dom. I żywa choinka. Zawsze sosna. I kawałki drewna za piecem, które schnąc wydzielały żywiczny zapach. Pachniał pomarańczami i mandarynkami. Tryskającymi sokiem, słodkimi, które dostawaliśmy w paczce na Mikołaja i ni...