Jest lipiec 1997 roku. Pada, wciąż pada. W lesie jest kilkucentymetrowa warstwa wody. W piwnicy ciągle chodzi pompa. Ja, blada i przerażona, z trwogą słucham prognozy pogody i Dziadka złorzeczącego na wszystko. Boje się bardzo. Jakimś zbiegiem okoliczności zostaje na noc u Babci w łóżku. Na szczęście tyłem do okna, z wysokim wezgłowiem, zza którego nie widać błyskawic. Wpatruję się w piękny uśmiech Babci na ślubnym obrazie dziadków na ścianie naprzeciw. Usypia mnie kojące, czerwone światło nocnej lampki. Po jakimś czasie Babcia siada obok i szepce różaniec. Taki, który moim zdaniem ochrania cały nasz dom.
Zima. Biała, puszysta, śnieżna i zimna. Dziadek prezentuje z dumą drewnianą, malowaną na zieloną bryczkę. Zrobił ją sam przy pomocy mojego Taty. Jest nieco toporna, ale nasza własna. Zabiera mnie z siostrami na piękną przejażdżkę lasem. Koń prycha i parska. Gałęzie nisko zwisające nad aleją co chwila uderzają nas w twarz. Trzęsie okrutnie. Jest pięknie.
Słoneczne popołudnie, prawdopodobnie w czerwcu. Babcia dostała kosz zielonych jabłek. Takich maleńkich, z którymi nie wiadomo co zrobić. Robimy marmoladę. Siedzimy przed letnią kuchnią, nie jest zbyt gorąco, słońce nie dokucza już nam w ogóle, schowane za ścianę domu. Obieramy te maleństwa, czyścimy i rozmawiamy o czymś nieistotnym. Babcia kosztuje jabłko, chociaż zielony kolor nie wygląda mi najsmaczniej. Pytam, czy kwaśne. Nie. No to też biorę gryzą, w końcu uwielbiam jabłka. Babcia już się trzęsie ze śmiechu. Kwaśne jak cholera. Śmiejemy się długo obie.
Sierpień. Szykujemy z Dziadkiem stodołę na żniwa. Dziadek ładuje starą słomę, a ja wywożę taczką na obornik. Nic trudnego, tylko nudno. Nagle słyszę głośne przekleństwo i widzę jak Dziadek krzywi się mocno. Dochodzi do mnie smród rozbitego przez widły starego jajka. To, jak ja się krzywię, że aż mi oczy łzami zachodzą, rozbawia dziadka. Do dziś widzę Jego uśmiech.
Jeden z wielu wieczorów. Rodzice w pracy. My we trzy okąpane w łóżkach. Babcia przychodzi koło dwudziestej i co dzień czyta nam baśnie Andersena lub braci Grimm. Lekko zachrypniętym, astmatycznym głosem. Trochę po dwudziestej drugiej słyszałam jeszcze czasem hamujący pod bramą samochód i chwilę później mamę wchodzącą do domu. To był znak, że można spać, bo wszystko jest, jak ma być.
Upalne lato. Sezon na maliny. Te leśne, oczywiście. Babcia ogłasza wyprawę. Ubieramy się w długie spodnie, koszule flanelowe, gumowce, a na szyi wieszamy plastikowe małe wiaderka na maliny. W ślad za Babcią wchodzimy w dwumetrowe pokrzywy, między którymi czerwienią się słodkie i pyszne malinki. Między nimi często przekrada się zdradziecka gałązka jeżyny, zaczepiając nas swoimi kolcami. Pot leje się z czoła, gryzą komary, a pokrzywy i tak znajdują do nas dojście. Mija jakiś czas, a my we trzy mamy razem zebrane mniej, niż Babcia. Wracamy, a Ona za pomocą tetrowej pieluchy wyciska pyszny sok. Zimą już nawet nie pamiętam, ile kosztował nas zachodu, wiem za to, że jest pyszny i zdrowy.
Jesień. Mamy na gospodarstwie konia, krowę, króliki inne drobiazgi, więc zawieźliśmy akurat z pola pastewna marchewkę. Leży pod wiatą, gdzie zwykle stoi furmanka. Trzeba ją przygotować do przechowywania przez odcięcie naci. Siedzimy więc z Babcią i okrawamy. Jest mglisto, wilgotno i zimno. Słowem - paskudnie. Babcia opowiada o braciach i ich wygłupach za młodu. Wspomina stare mieszkanie w Gardawicach. Wojnę. W ogóle, wiele opowiada. Słucham i słucham, a natka leci spod noża. Mama przynosi nam gorąca herbatę. Gdy marchewka się kończy, żal mi bardzo.
Liceum, okres zimowy. Codziennie robię przerwę w nauce, aby pójść obejrzeć z Babcią i Dziadkiem odcinek "Jeden z dziesięciu". Dziadek na tapczanie, z ręką pod głową, Babcia u wezgłowia na krześle, opierająca stopy o krawędź tapczana. I ja, po drugiej stronie stołu na krześle. Bardzo to lubiłam. I ciężko mi było wracać do nauki. U nich zawsze pachniało ciepłem i bezpieczeństwem. Czasem coś z Babcią mówiłyśmy. O dniu, o tym, czy jestem głodna, czy chce herbaty. Dziadek miał kłopoty ze słuchem i ostrym głosem pytał: " kto tu jest?". No, Malwina. Wtedy dodawał już łagodnie: "Aaaa, to Ty dziołcha...."
Komentarze
Prześlij komentarz