Wiedźmy też czasem płaczą.
Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek.
Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.
Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć.
Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia.
Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los.
Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.
Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się podnieść i iść. Przekraczać kolejne niemożliwe i trudne.
Ze znużenia gonitwą, za tym co konieczne, oczekiwane, co się powinno, warto, musi.
Z poczucia bycia niewystarczającą.
Ze zmęczenia oczekiwaniem. Na oddech pełną piersią, śmiech na całe gardło, łzy, co oczyszczają.
Dla każdego kimś, dla siebie nikim...
Komentarze
Prześlij komentarz