Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia.
Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.
Zabiłam krzykiem radość w innych oczach. Złością przyćmiłam ufną wierność. Gwałtownością zniszczyłam część zaufania. Nieodwracalnie, bez ostrzeżenia, drastycznie. Zostaje nienawiść do siebie, jak trucizna wylewająca się w serce. Jak jad żmii, który paraliżuje ludzkie odruchy. Nie podobna cofnąć czasu, to, co wypowiedziane, zostaje na zawsze, zawieszone w relacjach, pamięci i poczuciu krzywdy.
Zabiłam czyjeś uczucie, zaufanie, przyjaźń. Pewnie nie raz. Niezgrabnie, jak słoń w składzie porcelany. Bez uważności, ktorej wciąż się uczę i pozostaję uczniem całkiem przeciętnym. Bez empatii, wzajemności, skupiona zawsze na sobie. Żyjąca w swoim świecie zakamarków wyobraźni. Przeżywam książkowe historie, nie dając sobie miejsca na prawdziwe życie. Realność mnie przeraża, chociaż wyobraźnia jeszcze bardziej.
Zabiłam tysiąc cudzych pomysłów swoim nieostrożnym słowem. Zabiłam więzi pretensjami. Zabiłam przyjaźnie obojętnością. Zabiłam pewność siebie domysłami. To, co ocalałe odbudowuję na nowo. Powoli, ze strachem, jak dziecko budujące zamek na piasku. W niespokojnym oczekiwaniu kolejnego wyroku. Sama dla siebie jestem aniołem śmierci. Zabijam siebie powoli, niwecząc wszystko, co zbudowałam. Zatracam się w destrukcji, przytomniejąc w ostatnim momencie. Uzależniona od opinii innych, od ciepła z zewnątrz, od pochlebstw i uśmiechów. Sama poraniona, bezsilna i wystraszona. Przytomna na tyle, by trwać w jakiejś roli. W środku czasem pył, piach i zgliszcza.....
Komentarze
Prześlij komentarz