Cicha, trochę duszna drewniana sypialnia. Pachnąca pościel, delikatny chłód pieszczący nagie ramiona. Odgłosy ptaków zza okna i ani jednego samochodu. Chropowatość desek pod stopami, ciepłych od słońca wpadającego przez okno. Cichy pomruk lodówki z kuchni, spokojny oddech psa. Duszny zapach drewnianego domku. W kuchni wykrochmalone, białe, lniane firanki. Gorzkawy aromat kawy z ekspresu. I radio, które towarzyszy mi na co dzień. Chłód poranka na tarasie, który ciężkim szalem owija szyję, szczypie w nagie piersi i czerwieni policzki. Kilka wdechów ciężkiego od rosy powietrza. Krótki spacer po mokrej trawie i z powrotem do łóżka. Zanurzyć zimne stopy w cieple rozmarzonej sennie pościeli. Z uśmiechem na ustach słuchać ptasich kłótni. Głaskać delikatnie ciepły psi łeb, i słuchać jej spokojnego oddechu, przerywanego mlaśnięciami i westchnieniami. Później spokojne śniadanie, chleb w twardej skórce, która zostawia mnóstwo okruszków podczas krojenia. Masło i świeży pomidor, albo twarożek z rzodkiewką. I spacer po lesie. Bo dookoła tylko las. Świerkowy, żywiczny, strzelający czasem łamanymi gałęziami. Przejrzysty, smukły i dostojny. Masujący stopy szyszkami na ścieżce. Taki las dający spokój, wytchnienie. W którym mogę się poczuć częścią tego, co mnie otacza, częścią przyrody. Trybikiem w ogromnej machinie życia, przemijania i zmian. Gdzie nie jestem wrogiem, tylko przyjacielem.
Gdybym znalazła polankę, to położyłabym się na trawie, pozwalając słońcu napełnić mnie jego energią. Bez poczucia zmarnowanego czasu, straconego dnia. Z uśmiechem człowieka, który znalazł siebie i dobrze mu z tym. Po powrocie herbatka ze świeżej mięty, książka, kojenie duszy ciszą. Może rozmowa z kimś serdecznym. Coś pysznego na obiad, bo to zawsze poprawia humor. Wieczorem ciepło kominka, kocyk, muzyka. Żeby śpiewać na cały głos, albo się wzruszać. Pozwolić jej nutom przeniknąć się aż do szpiku kości. Być trącaną struną gitary, uderzanym rytmicznie bębnem, muskanym palcami klawiszem fortepianu. W środku nocy wyjść na zewnątrz i gapić się w skrawek widocznego nieba. Zachwycać gwiazdami, których w świetle miasta nie widać. Posłuchać, o czym milczy las nocą, czy wyją wilki, pohukują sowy, czy spacerują rodziny dzików.
Z wypiekami na twarzy wrócić do chłodnej pościeli, wdychając zapach boazerii, poduszki i psiej sierści. Zasnąć spokojnym, kojącym snem, czekając kolejnego cudownego świtu.
Zupełnie egoistycznie, samolubnie i bez poczucia winy wylogować się z życia na dwa dni. Wśród ciszy lasu i zapachu drewnianego domku....
Komentarze
Prześlij komentarz