Przejdź do głównej zawartości

Babcia Broncia kulinarnie

Babcia lubiła pasztet.

Ale po kolei.

Lepiej pamiętam śniadania dziadków z okresu letniego, kiedy nie chodziłam do szkoły i często im towarzyszyłam. Byłam też dostarczycielem porannych bułek trzy razy w tygodniu. Jeździłam po niego niedaleko, za las do sklepu. Pani Ela miała sklep, w którym można było zaopatrzyć się praktycznie we wszystko. W ladzie leżał też pasztecik, w bardzo apetycznym szarym kolorze, dobrze pieprzny i smarowny. Domowy ser z porządną ilością kminku. Kiełbasa śląska. Moja ulubiona chałwa ze Skawy. I masło tam było, nie za miliony, szampony do włosów, woda mineralna Ustronianka w szklanych butelkach i kolejka do drzwi.

Pierwszy śniadanie jadł dziadek, zgodnie z niepisaną zasadą pierwszeństwa ustanowioną przez wielopokoleniowe różnice płciowe przekazywane z pokolenia na pokolenie. Babcia przygotowywała mu bułki w plasterkach, lub chleb, z masłem , słodką herbatę, ale taką nie za gorącą, żeby można było pić od razu głośno siorbiąc. Latem często pomidory bez skórek, ponieważ dziadkowi szkodziły na żołądek i jelita, w przeciwieństwie do hurtowych ilości masła lub smalcu. Kiełbasa, w zależności od zamówienia grzana, lub surowa krojona na plasterki. Kiedy dziadek już skończył, babcia sprzątała i sama zasiadała do śniadania. Natychmiast, jak tylko babcia zostawała sama w letniej kuchni, jak spod ziemi pojawiały się koty i psy. Siadały grzecznie przy krześle babci i wlepiały wierne ślepia w jej twarz. Babcia dla utrzymania porządku świata poprzezywała zawsze troszkę na nich, że niby nie wolno, że co to za maniery, że mają swoje miski pełne jedzenia. Kończąc ostatnie zdanie, zazwyczaj kaszląc już z powodu astmy i okruszków chleba, zaczynała kroić małe porcje śniadania dla wszystkich. Zazwyczaj kupowałam ok 30 dkg pasztetu, ale głowę daję, że większość z tego zawsze zjadały zwierzęta. Babcia udawała zgorszoną, że podbierają sobie nawzajem, rugała ich, że mają sobie pilnować i ogólnie, że kto to widział, żeby koty jadły chleb z pasztetem, kiedy po stodole biega pełno myszy. Rytuał powtarzał się każde rano, tak że już żaden kot, ani pies nie wierzył w ani jeden babci udawany krzyk.

Babcia lubiła też wędzone szprotki, które czasem w Orzeszu w rybnym sklepie w czwartek, w dzień targowy, kupowała ona, albo dziadek dla niej. Leżały sobie maleńkie, owinięte w tłusty papier, a babcia potrafiła ot tak, po prostu zjeść sobie jednego. Namawiała mnie przy tym gorąco, polecając smakołyk. Patrzyłam na te maleńkie głowy, z pustymi oczami, wysuszoną skórę i pełny układ kostny wewnątrz i jakoś nie mogłam się zmusić. Do dziś nie potrafię. 

Babcia lubiła też tzw. ścierkę, czyli zupę mleczną z zacierką z jajka i mąki. Potrafiła dla nas wszystkich ugotować mięsny obiad, z zupą na przykład, a dla siebie takie coś. Tata zazwyczaj z niej wtedy żartował, że babcia je szmatkę na obiad (gra słów). No i za żadne skarby nie potrafiliśmy zrozumieć tego jej zachwytu nad tym "czymś".

Potrawą, którą w jej wykonaniu wspominam najlepiej jest ciapkapusta, czyli kapusta zasmażana mieszana z ziemniakami, okraszona boczkiem. Cudowna. Zwłaszcza, że kapustę kisiliśmy sami, w dużej beczce, ziemniaki były z pola, a obiad z serca i pewnie to połączenie było sukcesem tego smaku. Uwielbiałam też babę drożdżową, którą piekła w keksowej formie. Kroiliśmy ją potem na plastry i jedliśmy z masłem. Zawsze po wykopkach czekały na nas takie z gorącą, słodką herbatą z cytryną. A masełko często było robione przez nas.

Jedną z rzeczy, którą lubiłyśmy jeść z babcią razem były pierniki. Katarzynki najczęściej. Zwłaszcza zimą, siadałyśmy przy kuchennym stole, z herbatą lub kawą i maczając je, ciumkałyśmy sobie rozprawiając o różnych ważnych i całkiem trywialnych sprawach. Wtedy na chwilę świat rozjaśniał się jej uśmiechem i błyskiem w oku, poczuciem miłości i troski.

Dziś towarzyszy mi w cięższych i tych dobrych momentach, patrząc na mnie z góry. Wciąż pamiętam zapach i szorstkość jej włosów po trwałej ondulacji, kruchość zmęczonych życiem ramion, smak skóry na skroniach, żylaste, spracowane dłonie. Otula mnie to wspomnienie dziś i w każdy inny dzień, dając poczucie prawdziwej, pięknej miłości, która czeka na mnie w lepszym miejscu. 

Wszystkiego dobrego wszystkim babciom. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...