Przejdź do głównej zawartości

Dziękuję Ci Boże

Dziękuję Ci Boże za mój mały dom, w którym nikt nie ma swojego pokoju. W którym siedzimy sobie na głowie całymi dniami. W którym nikt nie może się schować przed resztą rodziny.

Dziękuję Ci Boże za mój stół kuchenny, który muszę sprzątać kilka razy dziennie. Z okruszków chleba, kilku kropel rosołu, plamy z kredki i śladu ołówka. Na którym wytarł się kolor od szurania talerzami.

Dziękuję Ci Boże za brudne talerze, garnki, sztućce i szklanki. Za działającą ciągle lodówkę. Za różne zapachy i przypalony piekarnik. 

Dziękuję Ci Boże za hałas nieznośny. Za to, że nie mogę spokojnie obejrzeć serialu. Że muzykę ciągle zagłusza czyjś głos. Za śmiechy radosne, dziecięce. Za to, że nie starcza mi cierpliwości.

Dziękuję Ci Boże za wysokie rachunki. Za nadmiar sprzętów, bogactwo przedmiotów. Za to, że mi się większość nie mieści do szafek. Za porozrzucane wszędzie zabawki. Za sukienki, w których nie mam ochoty już chodzić. 

Dziękuję Ci Boże za pełne worki liści i trawy. Za zalegające wszędzie orzechy. Za zwiędnięte na jesień kwiaty, które trzeba sprzątnąć. Za zmęczenie po pracy w ogródku. 

Dziękuję Ci Boże za nasze kłótnie i swady. Za to, że wyczekuję i że on czeka. Za przytyki, krytykę, dodatkową porcję prania co tydzień. Za wspólne myśli i śmiechy z niczego. 

Dziękuję Ci Boże, że komórka wciąż mruga. Że dzwoni i brzęczy. Że zawsze jest do kogo napisać. Że jest dla kogo szykować przyjęcie i z kim napić się wina.

Dziękuję Ci Boże.

Bo co by było, gdyby tego wszystkiego nie było.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...