Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nigdy bym sobie tego nie wymyśliła

Marzyłam, ale moja wyobraźnia nie stworzyła nawet w części tego, co przydarzyło mi się naprawdę. Nigdy bym nie oczekiwała tego , co mam. Nie myślałam że los ześle aż tyle. Nigdy bym sobie tego nie wymyśliła. Tych niebieskich oczu patrzących z ufnością. Tych usteczek rozciągniętych w uśmiechu szczęścia. Tych loczków płowych i szczeciny złotej. Tych rączek zaciskających się na szyi. Tego "mamo" po tysiąc razy. Tych łez jak diamenty. Tych policzków z czekolady. Tych stopek pełnych łaskotek. Tych brzuszków okrągłych. Tych słów "kocham Cię" na dobranoc. Tej obrażonej minki, która rozśmiesza do łez. Tych niezliczonych momentów wzruszenia. Tego cierpienia, które chce się przeżyć. Tego pierwszego widoku. Tych pierwszych uśmiechów na dźwięk mojego głosu. Tych zasypiań na moim ramieniu. Tych nocy, których nie chciało się przespać. Tych chwil, których nie chciało się stracić. Tych ważnych momentów, których nie chciało się przegapić. Tego szczęścia. Tej...

Jaki piękny świat

Krajobraz moich czasów. Pojedyńcze drzewa wśród nielicznych traw na skrajach blokowisk, wystających do nieba jak wielkie dęby. Tak samo wielkie, mniej wieczne. Połacie betonu, kostki brukowej i asfaltu, żeby czasem coś nie wyrosło. W oddali kominy, ledwie widoczne w tym mgliście smogowym powietrzu. Powietrze wypełnione po brzegi, z każdym oddechem czuję, jak umiera kolejna moja cząstka, zamieniając się w jakaś groźną przypadłość. Spaceruję. Nikt już nie spaceruje. Tylko jeden starszy pan z pieskiem, codziennie o tych samych porach. Ale on jest z innych czasów, gdzie życie było wolniejsze a ludzie mogli spacerować. Obok mnie wszyscy prawie biegną, wyprzedzają mnie z gniewnym wyrzutem. Bardzo się spieszą, a ja wcale. Już przecież nie muszę. Cały wyścig po sens zostawiłam za sobą, przegrałam z kretesem, nie chciałam się rzucać, zdobywać, niszczyć, pokonywać, być ciągle lepsza, w walce o siebie, o stanowisko o kilka liter przed nazwiskiem. Zostałam gdzieś na trzecim etapie i tak walkowerem...

Do jutra

Do jutra, czy może już nie...? Czy aby na pewno, czy się skończy na dzisiaj i żadne jutro już nie nadejdzie, choć ponoć przecież nie nadchodzi nigdy? I skąd ta pewność, że jeszcze kiedyś, w jakichś tam innych okolicznościach, w innej scenerii, z innym humorem i wszystkim innym niż jest teraz? Teraz jest teraz a jak to stwierdzić,  kiedy zaczyna się jakieś potem, gdzie jest granica, i w tym zamyśle już coś uciekło i już ta chwila sprzed chwili to już jest , co było. I w tym płynięciu, w tym nurcie leniwym, w tym rozleniwieniu umysłu i serca mija kolejna godzina, dzień, tydzień, rok, życie. Do zobaczenia. A jeśli nie? Jeśli wstawszy, wyszedłszy, już nigdy więcej się nie zobaczymy. I co powiedzieć? Bo jeśli jeszcze kiedyś, to nie ma sprawy, dopowiem, dopytam, będę mieć czas. A jeśli już nie? To co powiedzieć, czego nie mówić, o co zapytać a co przemilczeć? Czy uścisk ręki dzisiaj wystarczy, czy jeszcze kiedyś będzie mi dany, czy raz ostatni uścisnąć szczerze? Czy gdyby z nieba...

...rodziców mam

Przychodzi taki dzień, trafia nas jak obuch, zmienia myślenie o tym co trwałe i "na zawsze". Oni, zawsze silni, zawsze na miejscu, zawsze o krok. Pokazują świat, uczą jak żyć albo jak nie żyć właśnie, są wyrocznią i znienawidzonym kodeksem praw i obowiązków. Z czasem stają się przyjaciółmi, którzy są gdzieś obok, ale zawsze są. Ich po tysiąckroć powtarzane mantry zaczynają nabierać sensu a nasz szacunek do nich rośnie. Doceniamy ich ciężką pracę w miarę, jak sami się z podobną mierzymy. Rodząc własne dzieci zaczynamy doceniać trud mamy, ich obojga w ciężkiej dla nas pracy. Są cały czas w gotowości. Aby pomóc, być blisko, być dla nas. W ciągłym o nas zamartwieniu. Zawsze wrażliwi na naszą krzywdę, na cierpienie. Ślepo niesprawiedliwi, do bólu lojalni. Do wszystkiego, na zawsze. Ich włosy siwieją. Plecy przygarbiają. Palce sztywnieją i wykręcają. Bruzdy na czole stają się coraz głębsze. Nagle przestają rozumieć otaczający świat. Nagle ich poglądy są staromodne. Nagle zaczynają...

Pokonanym...

Po pustym sercu hula wiatr niepamięci. Niczego tam nie ma, w kącie walają się resztki dawnych uczuć. Zapomniane i nieogrzewane. Obolała dusza wyziera zza ciała, po cichu, na moment, między wierszami. Wszędzie rany. Jedne zabliźnione ale wciąż rozdrapywane, inne świeże. Wszystkie głębokie, nie da się inaczej. Łez już nie było od bardzo dawna, wyschły lub wyczerpał się limit, zresztą jakie to ma znaczenie. Za granicą już się nie płacze, smutek odchodzi, przerażają emocje. Nic nie czuć to również nie cierpieć, nie pragnąć, nie tęsknić, nie chcieć. Jak doskonała maszyna do spełniania codziennych czynności. Nic nie ma większego znaczenia, czy słońce jest czy go nie ma, czy świecą gwiazdy, czy drzewa zakwitły, czy komukolwiek jeszcze zależy. Poczucie obowiązku umiera w zatrutym sumieniu pomieszanych odczynników dobra i zła, marazmie obojętności i nihilizmu. Ludzie nie słyszą, chociaż czasem słuchają, słowa które wylatują z ust docierają w innym brzmieniu, po drodze gubiąc własny ciężar i ...

na skraju lasu domek stał

Zadziwia mnie nieustannie z jaką stanowczością i zaciętością wyrywamy naturze kolejne parcele ziemi, aby pobudować na nich coraz to okazalsze i piękniejsze domostwa. Chyba nie ma takiej wioski, w której wieloletni mieszkańcy nie mówiliby: "tu zawsze były pola, a teraz, dom na domie!". Uprawa roli coraz mniej się opłaca i coraz mniej jest chętnych osób, aby się tym zająć, nawet na własny tylko użytek. Tak więc kolejne połacie niegdyś złocących się zbożem pól zostają poćwiartowane na małe, zgrabne działeczki i sprzedawane żądnym własnego lokum. Wyrastają pyszne wille i nowoczesne bryły, popisowe dzieła nowomodnych architektów. Zwykły sześcian z dwuspadowym dachem zazwyczaj jest za mało pretensjonalny, aby dobitnie pokazywał starym mieszkańcom wioski na jak duży kredyt stać przybyłych. Tarasy, zimowe ogrody, minimalistyczne acz wymyślne wielopoziomowe bryły, z oknami na szerokość ścian, szczelnie zakrytych żaluzjami. Jak zresztą wszystko. Nowoczesne domy to zazwyczaj twierdze sz...

Na pierwsze roztopy

W zasadzie, dlaczego nie? Przecież Święta przeszły, styczeń minął i ferie w zasadzie na ukończeniu, więc dlaczego nie miałaby zawitać do nas wiosna, ta najwcześniejsza, najdelikatniejsza, która się bieli przebiśniegami i pstrzy krokusami? A z drugiej strony, po co się spieszyć? Czy się już wszystko dość wyspało, żeby już budzić jeżyka, misia, ptakom obiecywać ciepłe godziny na suchym szczycie drewnianego dachu? Czy się ktoś pytał, czy ziemia już gotowa, by ją na nowo orać i siać? Czy ktoś bocianom do ciepłej Afryki już zaproszenia wysłał na powrót? A przecież dobrze jest tak jak jest. Mięciutka kołderka białego puchu usypia ludzi, ich troski i smutki. Pozwala znaleźć chwilę wytchnienia, bo wszystko trzeba, ale od wiosny. Wprawdzie dzień coraz dłuższy, ale jednak noc jeszcze przeważa. Jest jeszcze tyle książek do przeczytania, tyle rozmów do odbycia w ciepłym zaciszu zimowej nocy z kubkiem herbaty w ręku. Gdzie się tak spieszyć i po co tak gnać? Można jeszcze  zrzucić parę spraw na ...