Przejdź do głównej zawartości

Świąteczna pocztówka

 Pamiętam jedne piękne, białe święta. Gdzieś między 2001 a 2003 rokiem, chociaż ciężko mi powiedzieć który to był dokładnie rok. Wtedy jeszcze w domu pełnym ludzi. Ciepłym od kaloryferów i węglowego pieca u babci. W którym co jakiś czas słychać było potężne trzaśnięcie drzwiami, kiedy dziadek wychodził na podwórko, lub z niego wracał. Zawsze wpuszczał trochę rześkiego, zimowego powietrza do środka. 

Mój pokój pełnił zaszczytną funkcję pokoju gościnnego, w którym rok rocznie odbywała się Wigilia. Stąd łóżko musiało zostać uprzątnięte, biurko uporządkowane, a moim zadaniem było udekorowanie stołu. Uzbrojona w tradycyjny obrus, żelazko i radio spędzałam kilka godzin na tym szykowaniu. Wpadając co chwila do babci na siku, herbatę, kawę, wodę do żelazka, łapałam kolejne zapachy odnotowując kolejne etapy przygotowań do świąt. Zupa rybna, moczka, kapusta, makówki, znowu rybna, ale już odcedzona, kompot z suszu, znowu makówki, parujące rybie głowy. Do tego dziadek z moją mamą zachwycający się tym smakiem. Kursowanie do mieszkania na piętrze przynosiło dodatkowo zapach grzybowej, smażonych pieczarek, innej moczki i Taty pachnącego papierosami. To wszystko połączone z intensywną wodą kolońską pana Antka, który czasem sam, a czasem z żoną Heleną przyjeżdżali tradycyjnie złożyć życzenia dziadkom. Pamiętam jego zarumienione policzki i serdeczny uśmiech, nieodzowny element każdych Świąt mojego dorastania. 

Kursowaliśmy wszyscy ciągle, Tata mawiał z przekąsem, że te drzwi w domu powinniśmy mieć obrotowe. Za każdym trzaśnięciem przewracał oczami i głaskał intensywnie wąs. Po mojemu cud, że nigdy nie dostał zeza, a wąs dotrwał aż do śmierci. Bo trzaskanie mieliśmy chyba wszyscy we krwi. Poza Tatą oczywiście, który potrafił chodzić bezszelestnie. Biegałyśmy do babci na doł zapytać, czy to lub tamto już gotowe. Biegałam do swojego pokoju, na podwórko po jakieś zielone gałązki, do babci, co chwila po coś i do góry sprawdzić, kiedy mama straci cierpliwość na moje dekoracyjne zabiegi. Dziadek wychodził do zwierząt, po drzewo, którego według jego najlepszej wiedzy zawsze było za mało za piecem, albo po prostu się przewietrzyć. Mężczyźni chodzili do siebie wzajemnie z tradycyjnym kieliszkiem aby "zalać robaka". Przychodził sąsiad, nasi szli do sąsiada. Najgorzej miała ta, która miała dyżur przy mopie i jej zadaniem było umyć sień na święta. Robota głupiego. 

W taki cudownie zwariowany dzień bieliło się od rana. Po tradycyjnej domowej Wigilii, odśpiewaniu kolęd i obejrzeniu Kevina, wieczornej kawie szykowałam się na Pasterkę. Umówiona z najbliższą przyjaciółką na skrzyżowaniu, biegłam jak na skrzydłach. Sypało pięknie. My, rozgrzane pysznym jedzeniem, młodością i radością ze Świąt, zachwycone śniegiem, atmosferą, dekoracjami. 

Po mszy sypało mocniej, ludzie cieszyli się z białego Bożego Narodzenia, kilkoro życzyło nam wesołych Świąt. Zachwycone ciszą zimowej nocy i skrzypiącym śniegiem, wparowałyśmy do mojego domu, prawie o drugiej w nocy, obsypane śniegiem, czerwone od mrozu, zadowolone z siebie, że wpadłyśmy na pomysł, że resztę nocy spędzę u Asi i wrócę rano. Tylko młodość zna takie szaleństwo wiecznego obżarstwa i braku snu, które absolutnie nie robią na człowieku żadnego wrażenia. Tak więc zmarznięte i szczęśliwe wylądowałyśmy u Asi w domu, podziwiając jej szopkę, którą swoim zwyczajem zawsze robiła ze swoim tatą. (I teraz przychodzi mi na myśl, że mógł to być rok 2001, bo szopka miała nawiązania do ogromnej tragedii z września tamtego roku - ataku na WTC, ale może wspomnienia z różnych lat mieszają mi sie w głowie). Zjadłyśmy ich wersję moczki i makówek, a także kapusty z grochem, nagadałyśmy się zdrowo i poszłyśmy spać.

Poranek przywitał nas zaspami na podwórku do kolan, kilkucentymetrową warstwą śniegu na drogach i brakiem prądu w wielu miejscach. Samochody sunęły ledwie kilkanaście kilometrów na godzinę, ja ledwie brnęłam przez śnieg do domu. Zachwycona tym białym światem, tłumionymi przez śnieg dźwiękami, jego skrzypieniem pod nogami, świeżym, mroźnym powietrzem. No i perspektywą zjedzenia grzybowej po powrocie do domu. 

Od tamtego czasu nie było już tak śnieżnych i magicznych Świąt. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...