Przejdź do głównej zawartości

Wielka Artystka

 Znam wielką artystkę. 

Poznałam ją w dresie i bez makijażu stojącą pod szkołą w oczekiwaniu na córkę. Ot, zwyczajna mama jakich wiele. Zawsze zaangażowana, czy to w klasową wigilię, czy w pieczenie babeczek, czy zabawy andrzejkowe dla pierwszej klasy. Ślązaczka z krwi i kości. Nie tylko dlatego, że tu się urodziła i wychowała, ale głównie dlatego, że w jej sercu goszczą wartości bliskie każdemu Ślązakowi. Dłuższy czas znałam ją tylko jako kobietę podobną do mnie, która stara się jak najlepiej wychować dzieci, zrobić zakupy, ogarnąć dom i przy tym wszystkim nie zwariować. 

Później poznałam drugą Martynę. Taką, która przekonana o własnej artystycznej wartości, talencie i zdolnościach, przy tym bez krzty zarozumialstwa czy pychy wychodzi na scenę. Patrzę na nią i podziwiam za jej pewność siebie, odwagę, swobodę i naturalność. Osobiście czuje w sobie wielki niedosyt tych cech. A ona w swoim otoczeniu tworzy z kilkorgiem przyjaciół zespół, który jest tak samo niepowtarzalny jak ona sama. 

Koncert zaczyna się nieco przykrym dla ucha skrzypieniem, które w kontekście całości naprawdę nieźle pasuje. Wydaje się, jakby zespół uchylał dla nas drzwi do świata swojej wrażliwości, swojego talentu, swojej muzyki. 

A nie jest to muzyka łatwa. Nie dająca się zaszufladkować w żadne ramy i gatunki, płynąca z duszy. Jak bardzo trzeba być wrażliwym, ile trzeba mieć muzycznej wyobraźni, polotu i fantazji, aby tworzyć kompozycje, które poruszają duszę? Z pewnością trzeba być kimś szczególnym. W oryginalnych i niezwykłych aranżacjach każda nutka wydaje się być idealnie na swoim miejscu, a instrumenty nie do zastąpienia. Głos Martyny skacze po oktawach, trafiając - wydawać by się mogło - w przypadkowe nuty. Jednak już po krótkiej chwili wiadomym jest, że nikt nie wyobraża sobie tego konkretnego utworu inaczej. Słuchamy wszyscy jak urzeczeni. A śpiewa przecież o rzeczach tak bliskich tym, którzy tu się wychowali. Ukradkiem ocierają łzy ci, którzy od swoich dziadków czy rodziców słuchali szeptanych ze strachem opowieści o utopcach, bebokach, diobłach w ludzkiej skórze. Tęsknię wtedy do czasów, kiedy świat dla ludzi był pełen zjawisk i istot z innego świata, kiedy dzieci straszono czarownicami i bebokami na strychu czy w studni. Świat był wtedy ciaśniejszy, ludzie tworzyli społeczności, które się znały i szanowały. Martyna śpiewa o tym, o czym wie każde śląskie dziecko, że starszym należy się szacunek, ponieważ wiele już przeżyli i uczą nas swoim doświadczeniem. Ale to tylko część ich twórczości. Aranżują również poezję. Sama zachwycam się Sanah, ale kiedy Martyna śpiewa Leśmiana, moja dusza ulatuje na scenę, przebiega po klawiszach, otrzepuje się ze smutku w drganiach perkusji, sunie przez gitarę pozwalając się szarpać wprawnym palcom. Potem ulatuje pod sufit tańcząc w świetlnej iluminacji. Ma się ochotę, żeby trwało to wiecznie. Kompozycja niezwykle żywych i rytmicznych dźwięków ze słyszalnym, lecz delikatnym akompaniamentem wokalu pozwalają na chwilę być w innym świecie. Świecie pięknym, wzruszającym, pełnym wrażliwości i uniesienia. Każdy poetycki utwór zagrany ze sceny przenosi nas w świat artystycznego piękna, a emocje są na tyle autentyczne, że wielu płacze nad mogiłą biednej tkaczki. Chciałabym kiedyś usłyszeć "Deszcz jesienny" Staffa. Może akurat??

Dla mnie najbardziej poruszające jest "Niebo ". Wpatruję się w teledysk wyświetlany na ekranie, a moje serce szybuje nad górami, grzeje się w promieniach ciepłego, późno letniego słońca. Czuję zapach popołudniowego upału, sosnowej żywicy i tęsknoty za tymi, którzy z nieba na mnie patrzą. Łzy kąpią same. Trochę mi wstyd, ale chyba ich muzyka tak ma. Trafia do serca i wyciska łzy. Do tego trzeba być wielkim artystą. 

Cieszę się, że Cię znam, Wielka Artystko. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...