Przejdź do głównej zawartości

Mikołaj

 Pamiętacie swoje najbardziej niezwykłe wizyty Mikołaja?? W ogóle Jego wizyty? Ja miałam to szczęście, że do mnie kilka razy przyszedł. O szczegółach za chwilę, ale pomyślałam o tym dziś, kiedy staram się po cichu przygotować dzieciom niespodzianki, że miałam naprawdę szczęście. Do moich dzieci nigdy nie przyszedł żywy Mikołaj, nie licząc tego w przedszkolu. Ja pamiętam dwoje odwiedzin, a jedno - że się tak wyrażę - pośrednie. Zastanawiam się nad tym dziś, jako dorosła, jako matka, ile zachodu sprawiło moim Rodzicom sprawienie mi takiej niespodzianki. Dzisiaj wiem, że starając się zapewnić mi atrakcje w postaci Mikołaja (oraz diabła jednym razem !!) pokazali swoje uczucia do mnie. I chociaż wtedy rozmawiałam po prostu ze świętym Mikołajem, to dziś wiem ile frajdy i radości mają rodzice i jak bardzo muszą kochać swoje dzieci, żeby coś takiego im sprawić. 

Pierwszy, którego pamiętam, to wtedy gdy miałam 4-5 lat (Mamo, uściślij). Wiem, że byłam wtedy tylko ja, ciemność za oknem, gościnny pokój, czerwony Mikołaj i diabeł. TAK, DIABEŁ!! Czarny, okropny, kudłaty, z łańcuchami. Pobrzękiwały złowieszczo, a Mikołaj tłumaczył, że trzyma go w tych kajdanach, żeby był posłuszny. Jako dziecko krnąbrne, pyskate i nazbyt ciekawskie podług śląskiej tradycji dostałam kartonik łoszkrabin* i wonglo*. Mój płacz skruszyłby serce nawet diabła, o Mikołaju nie wspominawszy, stąd ponoć później prezent właściwy, ale za odmówienie modlitwy, której stres i spazmy żalu nie pomagały mi sobie przypomnieć. Pomogła Mama, na szczęście, bo ja wprawdzie już prezentu nie pamiętam, ale ona twierdzi, że go dostałam. Jako osoba już obeznana z Mikołajową prawdą dowiedziałam się, że czarnym potwornym diabłem był mój osobisty Ojciec, który odznaczał się lokowaną czupryną i smukłą, wysoką sylwetką, jak mniemam, w sam raz diabelską. Mikołajem zaś był przyjaciel moich rodziców, którego wtedy oczywiście absolutnie nie poznałam. 

Druga sytuacja miała miejsce już na Zawiści, z moimi siostrami, kiedy miałam chyba 10 lub 11 lat. Pamiętam, że to był dzień jak co dzień, kiedy nagle usłyszałyśmy z siostrami dzwonki w sieni. Niedowierzałyśmy, że to naprawdę może być ON. Jednak drzwi się otwarły, wszedł Mikołaj, z laską oczywiście i workiem prezentów, a my zamarłyśmy z emocji. Jest do dziś dnia zdjęcie w albumie jak stoimy wszystkie trzy ze złożonymi w modlitwie rękami, a za nami w telewizji bajka. Laska. Ta najgorsza, bo przecież od miesiąca wszyscy straszyli, że jak będziemy niegrzeczne, to dostaniemy od Mikołaja rózgą zamiast prezentu. Grzeczne nie byłyśmy nigdy, bo to nudne i niepraktyczne, ale jednak worek Mikołaja pusty nie był. Ostatecznie otrzymałyśmy prezenty, chociaż dziś naprawdę nie pamiętam co to było. Mikołajem okazał się kuzyn Mamy. Nie wiem skąd miał strój. Nie mam pojęcia kiedy to załatwiła. Wiem, że byli obecni oboje, na pewno ciesząc się z udanej niespodzianki. 

Trzeci raz, który pamiętam był nieco straszny, bo nagle na okno pokoju, w którym akurat byliśmy ktoś w ciemności zapukał, a potem pokazała się tylko twarz Mikołaja. Sparaliżowane strachem nie wiedzialyśmy z dziewczynami co robić. Dziadek chyba wtedy podpowiedział nam, że pewnie zapukał, bo zostawił gdzieś prezenty. Musimy więc poszukać. Tak. Prezenty były. Na okno pukał Tata, którego wyjście na papierosa nie wzbudziło naszych podejrzeń. Swoją drogą, co to były za prezenty! Jabłko, pomarańcza, czekolada, rarytas - nutella. Wystarczyło. Dla mnie grudzień zawsze już pachnie pomarańczą. 

Nie wiem, kiedy przestałam wierzyć, że to on przynosi prezenty, ale nie była to jakaś trauma. Zawsze czułam wdzięczność. Za to, że ktoś z myślą o mnie coś wybrał, kupił i ofiarował. Mam tak do dziś. Staram się uczyć tego moje dzieci. Z jakim skutkiem? Czas pokaże. 

Rano moje dzieci znajdą prezenty. Będą się cieszyć. Ja będę się cieszyć razem z Nimi, bo uwielbiam sprawiać prezenty i obserwować czyjąś radość. 

Mamo, Tato, dziękuję za Mikołajów w moim życiu. ❤️

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...