Dlaczego na mnie tak patrzysz? Z tą uniesioną brwią. Szydzisz, jestem pewna. Czuje Twoją wyższość. Widzę ją w Twym lodowatym spojrzeniu. Nie mam już sił. Widzisz? Zmęczenie odbiera mi dech. Nie potrafię już oddychać pełną piersią jak Ty. Unosząc ją przy tym lekko . Słyszysz? Nie umiem się już śmiać. Nawet usta nie układają mi się w odpowiedni grymas. Tobie przy każdym uśmiechu zarysowują się kąciki ust i wyglądasz naprawdę pięknie. Ja co najwyżej krzywię się sztucznie w służbowej uprzejmości. Popatrz mi w oczy. Niczego nie zobaczysz. Są puste, martwe i szare. W Twoich jest nadal tyle życia. Tyle potrafisz nimi powiedzieć. Więc nie dziw się, że wiem co sobie o mnie myślisz, choć jeszcze nie powiedziałaś żadnego słowa. Umalowałaś się. Ładnie. Czemu nie. Ja dziś odpuściłam. Wczoraj też. I cały poprzedni tydzień . Nie, jutro nie będzie lepiej. Róż policzków mnie nie ożywi, czerwień ust nie doda życia, czarna kreska nie odetnie mnie od ciemności. Łzy popłyną krystaliczne. Ty nie ronisz łez, wiem. Twoje ciemne loki wymykają się spod gumki. One też są pełne życia. Moje oklapnięte pod ciężarem.... Ołów serca przenika nawet do nich. Masz ładne tatuaże. U mnie najwyżej grafomańskie próby dodania sobie wartości. A przecież cokolwiek pomnożyć przez zero i tak wyjdzie.... Nie, nie mam już smukłej szyi, na której pozostawia się pocałunki. Mam gruby kark na który co chwila zwala się życie. I nie, nie mam już piersi, mam co najwyżej coś, co przeszkadza mi ciągle w bieganiu. Gdybym tak kiedyś zechciała biegać. Moje lędźwia już dawno wystygły. Jak stary piecyk na strychu. Nie miewam już gęsiej skórki, chyba że skrobiesz widelcem o talerz. Nie patrz tak na mnie. Nie marszcz już czoła. Złożyłam broń. Byłam już Tobą. Pozwól mi odejść. Jestem zmęczona.
Było mi łatwiej nie pamiętać bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej myśmy też umarl...
Komentarze
Prześlij komentarz