Od dawna nie odwiedzała mnie już we śnie. W natłoku codzienności i smutnej rzeczywistości nie było mi dane nawet wrócić do niej myślami. Być może czuła to gdzieś tam, gdzie jest, jak bardzo potrzeba mi oderwania i spokoju, powrotu do czasów, w których nie miałam pojęcia o większości problemów tego świata. Odwiedziła mnie kilka nocy temu. Wyczarowała cudne lipcowe lato ze słońcem i bezchmurnym niebem. Czekała jak zawsze w letniej kuchni, dusznej od rozpalonego węglowego pieca, na którym stał już czajnik z gorącą wodą. Uśmiechnęła się, jak zawsze na mój widok, i zabrała mnie na pole. Pachniało tak jak powinno, gorącą, suchą ziemią, dojrzałymi warzywami, z daleka dobiegał zapach suszonego siana. Pewnie tam na łące pracował już dziadek. Nie zdziwiła mnie bujność i dorodność na warzywnych grządkach. Babcia zawsze miała rękę do tego, zawsze rosło piękne i smaczne, podsycane tradycyjnym łajnem. Tyczki z pomidorami były wyższe ode mnie, oklejone wielkimi, czerwonymi kulami, których ilość przewyższała na pewno nasze możliwości konsumpcyjne. Przebierałyśmy w pachnących buraczkach, wybierając tylko te największe, nie potrafiąc nadziwić się temu urodzajowi. Całe pole tak wyglądało. Dorodnie, pięknie, zielono. Było cicho, tylko z niedalekiego lasu dobiegały krzyki ptaków, dokładnie tak, jak zawsze na naszym polu. Pracując rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się z czegoś. Po powrocie przyszedł czas na dojenie krowy. Babcia w zielonym fartuchu, jak zawsze do tej czynności, z wiadrem i ryczką w ręku już była gotowa. Wydoiłyśmy całe wiadro. Z piękną, śnieżnobiałą pianą. Jakieś dziecko przybiegło z garnuszkiem skosztować ciepłego mleka. Chyba wiem, kto to mógł być, ale w śnie go nie poznałam, bo był mały. Babcia oczywiście z uśmiechem częstowała. Przepuściłyśmy mleko przez czyściutką tetrę. Zaczęłyśmy się zastanawiać, co z taką ilością zrobić, ile zagotować na słodkie mleko, ile zostawić w kamionce na zsiadłe mleko. Nagle jednak babcia zniknęła. Myślałam przez moment, że może tylko zawołał ją dziadek i wróci. Ale nie, poczułam dziwną pewność, że już nie wróci. Słońce przysłoniły chmury, a ja zostałam nagle niepewna wszystkiego, czego mnie przez lata nauczyła. Nagle zaczęło mi się plątać, czy mleko do zsiedzenia należy zagotować, czy nie. Poczułam się bardzo zagubiona, jakby z Nią odeszła cała moja pewność siebie, wiedza i obycie w tym wiejskim świecie. Widocznie miała jakiś powód, żeby tak szybko odejść. Żałuję, oczywiście, ale cieszę się z tych wspólnych chwil. Z tej dawki zapachów, obrazów i wspomnień, które mi dała. I czekam, aż znowu zechce mnie odwiedzić.
Było mi łatwiej nie pamiętać bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej myśmy też umarl...
Komentarze
Prześlij komentarz