Przejdź do głównej zawartości

Pocztówki z mojego dzieciństwa

Słoneczne, letnie popołudnie. Siedzimy z babcią na małej ławeczce obok wejścia do letniej kuchni. Obieramy jabłka, tak małe, że mieszczą się po dwa w dłoni. Na jakiś "apfelmus" czyli marmoladę z jabłek. Idealna na zimę do placuszków. Spod babcinych palcy zwisa cieniutka, idealna strużka skórki. Patrzę na nią gdy przegryza kawałek okropnie zielonego jabłka. Pytam, czy kwaśne, a w ustach mam ślinotok. Odpowiada zwyczajnie, że nie. Więc kuszę się na kawałek i krzywię okrutnie. Do dziś mam smak tych okropnych jabłek w ustach. Babcia zaczęła się śmiać, tak szczerze, trzęsąc brzuchem, a potem opowiedziała jakaś dykteryjkę z dzieciństwa o tym, jak z braćmi kradli jabłka z sadu.

Styczeń 2000 roku. Siedzę w domu leczona z jakiejś podłej przewlekłej choroby. Siostry w szkole. Mama na rano w pracy. Tata odsypia nockę. Zimno, nikt jeszcze nie był zrobić ognia. Nudno, samej kolejny dzień bez przyjaciół. Idę więc na dół, do babci. Tam już od rana pali się w piecu. W powietrzu unosi się zapach rozgrzanej blachy i owocowej herbaty. Dziadek na leżance czyta gazetę. Siadam przy stole naprzeciw babci i w sumie nic nie mówię. Nie muszę, bo ona w sumie rozumie. Robi mi herbatę i przynosi napoczętą paczkę Katarzynek. Są tak twarde, że nie sposób ich gryźć, więc maczamy je w herbacie i ciumkamy takie gorące i mokre. Uśmiechamy się tylko do siebie z całej tej sytuacji.
Wczesne lato. Do babci przychodzi jej przyjaciółka i idziemy, we trzy, pielić rządki. Mamy tego sporo, warzywnik, pastewna marchewka i pastewne buraki. Ledwo to to wyrosło a już zagłuszają to chwasty. Idziemy więc w pole, uzbrojone w motyki. Zrazu jedna przy drugiej, one pochylone, plotkują, a ja słucham pilnie. Padają jakieś imiona, przydomki, panie relacjonują nawzajem co u kogo słychać. Koleżanka od babci wystrzeliwuje słowa z szybkością pocisku maszynowego. Za parę chwil one są już gdzieś w połowie a ja ciągle na początku.... Nie potrafię się nadziwić, jak im się udaje tak szybko pracować. Ponieważ mi nudno, wymyślam sobie swoją koleżankę i grono znajomych, o których zaczynam rozmowę. Po chwili mówię z takim zapałem i tak głośno, że Panie mają że mnie niezły ubaw. Historia urosła do anegdoty opowiadanej później jakiś czas w gronie rodzinnym.
Czasy liceum, najczęściej jesienno-zimowa pora. Z powodu ubytku słuchu, mój dziadek oglądał telewizję dość głośno. Na tyle, żebym ucząc się dwa pokoje dalej doskonale słyszała co i na którym kanale oglądają. Zresztą, reszta rodziny u góry też słyszała. Wypijałam wtedy hektolitry herbaty i kawy, którą po blisku mogłam parzyć u babci, korzystając z jej zapasów owocowych herbat, które w tamtym czasie uwielbiałam. Często się że mnie śmiała, że pije, jakbym karmiła. Codziennie robiłam sobie przerwę w nauce lub czytaniu na herbatę i wspólne obejrzenie odcinka programu "jeden z dziesięciu". To był nasz mały codzienny rytuał. Kilka godzin później, przy czytaniu książek, ciszy mojego pokoju akompaniował szeptany przez babcię różaniec, który odmawiała zawsze przed snem, siedząc już w łóżku.
Lato. Któreś z wolniejszych popołudni. Plac przed domem pogrążony jest już w przyjemnym cieniu. Jest godzina szesnasta, więc robimy kawę. Czasem schodzą się wszyscy, a czasem siedzimy z babcią same. Ona rozwiązuje krzyżówkę, czytając na głos trudniejsze hasła a ja jej pomagam. Nic jednak nie trwa wiecznie, a z miłego lenistwa wyrywały nas najczęściej różne obowiązki.
Mam kilka lat. Nie mieszkamy jeszcze z babcią, ale jestem u niej częstym gościem. I zostaje na noc. Małżeńskie łoże dziadków składa się z dwóch pojedynczych i na środku ma twarde deski. Dziadek co wieczór namawia, żebym spala z nim. Obiecuje bajkę na dobranoc. Kładę się więc obok dziadka, materac mi trochę niewygodny, bajka jakaś nie ta, co powinna być, więc skonsternowana turlam się w prawo i już jestem obok babci. Jest miło, znajomo, bajka brzmi tak jak powinna. O Czerwonym Kapturku albo o Jasiu i Małgosi. Później, kiedy mieszkaliśmy już na piętrze, gdy mama była na popołudniowej zmianie babcia przychodziła nam też czytać bajki. Braci Grimm i Hansa Christiana Andersena. Czytała nieco nieporadnie, czasem się myliła, ale jednak czytała.Sama też lubiła czytać, jeżeli tylko miała na to trochę czasu.  Kiedyś na święta dostałam od Niej "Anię z Zielonego Wzgórza". W zielonej, miękkiej okładce...
Lubiłam ją przytulać i całować w czoło, bo ostatecznie była niższa ode mnie.
Lubiłam ją w granatowej letniej sukience bez rękawów.
Lubiłam zapach jej włosów.
Lubiłam jej śmieszne żarty i anegdoty. Smutne historie z jej życia też.
Lubiłam jej zielony fartuch, w którym chodziła doić krowę.
W ogóle... Bardzo Ją lubiłam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...