Przejdź do głównej zawartości

Pukając do nieba bram

Być może nikt nie był zdziwiony, chyba każdy spodziewał się Jej odejścia. Jej udręczona twarz i bezwładne ciało bezlitośnie uświadamiały nas w ulotności tlącego się jeszcze w Niej życia. Ja w ostatnie dwa dni spodziewałam się może najbardziej, w końcu sama odprowadziłam Ją na lepszy świat.
Sen był wyraźny, prawdziwy, a każdy jego szczegół pamiętam do dziś.
Przyjechałam po Nią dużym czarnym samochodem. Doskonale wiedzieliśmy, że to Jej ostatnia podróż, z której już do nas nie wróci. I to ja miałam być Jej przewodnikiem. Mama usadowiła Ją na tylnym siedzeniu, a do bagażnika spakowała Jej wózek inwalidzki. Jechałyśmy długo, krętymi drogami pośród pustych łąk, dolin, pojedyńczych domów.  Z czasem, przy całkiem wyludnionej okolicy przejechałyśmy drewniany mostek nad niewielką, intensywnie niebieską rzeką. Dojechałyśmy na miejsce. Blade, niebieskie niebo nie zakrywała najmniejsza chmurka, a słońce świeciło dając przyjemne cieplo. Pośród soczystości zielonych łąk, złotych łanów zboża i ściany lasu na horyzoncie stał duży dom z czerwonej cegły. Na prawo od domu stał jakiś budynek gospodarczy a na lewo stodoła. Dom miał drewniane okna malowane na biało i białe firanki. Na dole jedno z okien było uchylone, a drzwi wejściowe otwarte. Babcia sama wysiadła z samochodu, bez niczyjej pomocy, w pełni sprawna i energiczna. Zachowywała się tak, jak gdyby znała ten dom na wylot. Pewna siebie weszła do domu i oznajmiła mi, że idzie na górę się przebrać i pójdzie pomóc reszcie w polu. Wzdłuż schodów na górę, po których szła Babcia, wisiały zdjęcia oprawione w ramki, nie dojrzałam jednak na nich nikogo. Pewne tajemnice tego miejsca nie zostały przede mną odkryte. Taką właśnie widziałam ją ostatni raz, kiedy wyprostowana z nienaganną trwałą i w ciemnej sukience szła schodami do góry. Dom,  kiedy tam weszłam,  sprawiał wrażenie, że ktoś dopiero co stąd wyszedł, zostawiając nóż do masła na blacie, uchylone okno i zapach chleba w powietrzu. Poszłam zobaczyć obejście. Była buda, ale bez psa, jakby ktoś zabrał go ze sobą dla towarzystwa, bo przecież nie było tutaj nikogo, przed kim byłby zmuszony bronić posiadłości. Po kątach widziałam jakieś stare maszyny rolnicze.  Stodoła stała otwarta na oścież, zupełnie pusta, jakby zabrano z niej właśnie sprzęty do pracy. Na jej tylnej ścianie rósł powojnik o intensywnie fioletowej barwie, zajmując praktycznie całą jej powierzchnię. Było tu cicho i pusto, ale byłam pewna, jak tylko stąd wyjadę mieszkańcy tego domu wrócą, aby Ją powitać. Będzie tu wesoło i radośnie. Bardzo chciałam tam zostać, w tym pełnym spokoju i ciszy miejscu. Ale nie mogłam chyba.
Wsiadając do samochodu obejrzałam się jeszcze raz na okolicę. Na prawo od domu dostrzegłam ogromne drzewo, chyba brzozę, które wyrastało z ziemi pod bardzo ostrym kątem i pięło się wysoko do góry, tak, że jego wierzchołek nie był widoczny. Najpiękniejsze w nim były jednak przepiękne, zwisające jak ogromne kiście winogron, białe puchowe kwiatki. Oplatały drzewo jak bluszcz, zwisając czasem aż do ziemi. Wokół krążyły maleńkie białe motylki. Będzie Jej tu dobrze, pomyślałam  wracając  ze snu do rzeczywistości.
Kilka dni później na pogrzebie płakałam bardzo. Za Tą, którą pamiętałam z całego swojego życia. Było mi żal, że nie mogę cofnąć czasu, że nie mogę z Nią znowu porozmawiać tak jak dawniej. A przede wszystkim żal, że nie mogę Jej odwiedzić tam, gdzie czekały na Nią spokój i miłość najbliższych.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...