Przejdź do głównej zawartości

i Jezus też się bał...

Zewsząd spoziera statystyka, liczby wyrażane w dziesiątkach i setkach tysięcy, niezliczone odmiany dobrych rad i "eksperckich" wypowiedzi. Epidemia. Pandemia. Strachu, niepewności, lęku, wreszcie wirusa. Wirusa który bardzie niż płuca zatruwa serca wszystkich ludzi na całym świecie. Zasiewa zwątpienie, chęć odosobnienia, zamyka nas w domach, w kokonach bezpiecznej izolacji od rzeczywistości. Sączy się w nas kolorowym strumieniem telewizyjnych przekazów, inspirowanych chęcią sprzedania sensacji, jakiej w naszym życiu nie było od jakichś dziesięcioleci. Wgryza się w nas świdrującym poczuciem zagrożenia, najgorszego jakie znamy - chorobą i śmiercią. Strach jest dla ludzi czynnikiem ratującym życie, a - ponoć - lenistwo, matką wynalazków. Strach kazał naszym przodkom uciekać przed tygrysem, strach pomaga uniknąć wielu groźnych sytuacji. Instynktowny i najbardziej pierwotny odruch, kiedy stykamy się z nieznanym.  Przesadny i paraliżujący pozbawia zdolności właściwej oceny sytuacji i zdroworozsądkowego zachowania. Niektórzy boją się pająków, inni wysokości, ptaków, owadów, samochodów. Zdecydowana większość ludzkości bała się i boi do dziś cierpienia a przede wszystkim śmierci. Dlatego modlimy się o spokojną śmierć, najlepiej we śnie, bez poprzedzającej ją choroby naznaczonej cierpieniem. Uciekamy od cierpienia innych, a własne napawa nas lękiem, nawet przerażeniem. Ból łamie ciało i ducha. Unicestwia człowieczeństwo w nas. Poniża i odbiera godność. Każdego dnia straszą nas kolejnymi ciężkimi przypadkami, wypełniają nasze myśli obrazami cierpiących ludzi, z grymasem bólu i przerażenia na twarzy. Wypalają nam go pod powiekami, aby towarzyszył nam zawsze, kiedy wrócimy myślami do otaczającej nas rzeczywistości. Wyznają kult śmierci, z niespotykaną skrupulatnością wyliczając kolejne przypadki śmiertelne. A my się boimy. A ze strachem nam nie do twarzy. Ze strachem nam obco. Nerwy jak dzikie konie galopują nam we krwi, małe bomby wybuchają przy najmniejszej iskrze. Zamknięci w domach zaczynamy się nienawidzić. Z tęsknotą myślimy o nudnym obiedzie u mamy, o sztywnych urodzinach od szwagra. Brakuje nam ludzi, życia, przestrzeni. Lęk i depresja wyciągają do nas swoje szpony, upatrując łatwy łup w przerażonych sercach. Boimy się nieznanej choroby, ciąży nam przypomniana ulotność życia, wygrzebane ze  średniowiecza "memento mori". Szukamy pociechy w modlitwie, oglądamy Papieża na pustym placu, tęsknimy za kościołem w którym nas dawno nie było. Dziś trudno nam uwierzyć, że cierpienie uszlachetnia, że śmierć może być dopiero początkiem. Nic dziwnego. Wiara to wysiłek, wiedza to przywilej, którego nie mamy. Zanurzeni w chwilowej ufności we wszechmoc Boga, liczymy na cud. Odegnania nieprzyjemności na rzecz spokojnego, miłego, komformistycznego życia.  A przecież to nic wielkiego się bać. To żaden wstyd. Czując się panami na tej ziemi pożegnaliśmy to uczucie. A ono jest nam potrzebne. Odkrywa znaczenie wszystkiego, co zdążyliśmy strywializować. Na nowo ustawia perspektywę, kalibruje wartości. Przecież nawet Jezus się bał. Bał się, wtedy w Ogrójcu, wcale nie miał ochoty umierać. Młody, z garstką przyjaciół, popularny, może zakochany? "Wziąwszy ze sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę."(Mt 26,37); "Wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i począł drżeć i odczuwać trwogę.(...)I odszedłszy nieco do przodu, padł na ziemię i modlił się, żeby - jeśli to możliwe - ominęła Go ta godzina." (Mk 14,33.35) Wszyscy się boimy, o siebie, o innych. Słusznie, czy dlatego, że komuś na tym zależy...? Poddani ekstremalnemu doświadczeniu społecznemu, bezbronni i w malignie wykluczających się informacji. Bójmy się trochę, odczujmy trochę strachu, dajmy się skalibrować, wyzerować. Wszak i Jezus się bał....




  • Cytaty zaczerpnięte z "Biblia Tysiąclecia" Wydanie 5.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...