Przejdź do głównej zawartości

...a po burzy słońce


Świat się zatrzymał, ludzie się zatrzymali, stanęły sklepy, galerie, kina, restauracje.  A życie idzie dalej. Czas nie stoi w miejscu. Kolejna pętla wokół Słońca przynosi kolejne święta, kolejną wiosnę, kolejne pierwsze kwiaty, pierwsze pąki na drzewach. Dzieci tak samo jak w zeszłym roku cieszą się z zajączkowych prezentów, uśmiechają się tak samo jak przed pandemią, cieszą się ze słodyczy, mają ochotę na zabawę, najbardziej na świecie pragną bliskości swoich rodziców. Nie potrzebują do tego pandemii, ograniczenia wolności, obostrzeń związanych z przemieszczaniem się i komunikowania tego na Facebooku w formie łzawych postów. Tak samo przyleciały pierwsze wiosenne ptaki, tak samo jak rok temu o świcie budzą mnie hałaśliwe kosy, tak samo jak w zeszłym roku na brzoskwini pojawiły się pierwsze pączki. Tak samo jak w zeszłym roku wyrosła zielona trawa. Czas płynie nieubłaganie, życie zatacza swój kolejny cykl, a natura nie przejmuję się tym, co trapi człowieka. Mówimy o powrocie do normalności, ale chyba dawno już od niej odeszliśmy. Chodzi nam raczej o powrót do standardów, do naszej zwykłej, codziennej pogoni za marzeniami, za celami, za pieniędzmi, za tym co daliśmy sobie wmówić że jest nam niezbędnie potrzebne. Potrzeba było zamknięcia w domu, żebyśmy zaczęli doceniać rodzinę, bliskość drugiego człowieka, wzajemne relacje i uczucia. To chyba nie jest normalne. Normalne byłoby dostrzeganie tego na co dzień w naszym codziennym zwykłym życiu. Ktoś mądry opowiedział kiedyś, że człowiek, kiedy coś traci zaczyna to doceniać. Czy nasza reakcja, refleksja nad istnieniem pozostanie z nami na czas naszej "normalności", czy rozpłynie się w szarej mgle zwykłej rzeczywistości? Jak bardzo życie musi nami potrząsnąć, żebyśmy się opamiętali na stałe?
Narzekamy na zamknięcie w domach, nie doceniając, że je mamy. Sklinamy na kolejki przed sklepami nie doceniając, że mamy z czym i po co tam stać. Marudzimy, że nie możemy spotkać się z bliskimi, nie doceniając, że nowoczesne technologie pozwalają nam być blisko. Lekceważymy zakazy i nakazy nie doceniając własnego zdrowia. Bunt płynie nam we krwi od pokoleń, nie zgadzamy się na obecną sytuację, chociaż niewiele możemy zmienić. Czy zostanie nam buntu, aby nie zgodzić się również na szaleńcze tempo życia, na rezygnację z siebie na rzecz utartych szablonów, na odkładanie wszystkiego na potem, na później...? Słuchamy wyssanych z palca faktów pseudo fachowców, pielęgnując w sobie poczucie strachu. Wizja wirusa chodzi za nami jak cień, snuje się posępnie, nie dając o sobie zapomnieć. A przecież życie zwycięża śmierć. Wiosna przychodzi po zimie. Martwa ziemia wydaje plon. Wśród panoszącego się zła, jak piękne kwiaty zakwitają ludzkie przejawy dobra i bezinteresowności. Po burzy zawsze wychodzi słońce.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...