To trwało tylko ułamek sekundy. Mgnienie chwili, kiedy poczułam się przeniesiona w czasie do lat bezpowrotnie minionych. Do siebie w wersji kilkunastoletniej, w naciskiem na kilku. Jakby za sprawą magicznej różdżki ktoś pozwolił mi poczuć atmosferę, klimat i ciepło mojego domu z dawnych czasów. Domu w którym mieszkało siedem osób, dwa pokolenia i milion problemów. Domu w którym u babci zawsze palił się ogień w piecu, a na nim stał czajnik pełen wrzątku. Zawsze można było napić się ciepłej herbaty, dostać ukrywane przed dziadkiem ciasteczko, kawałek czekolady albo jabłko. Można było usiąść i nawet nic nie mówić, ale ogrzać się w przyjemnym cieple pieca i ludzi. Można było uciec przed zagniewaną mamą, która akurat rzucała gromami. Można było posłuchać dawnej historii o czasach wojny opowiadanej przez babcię, pośpiewać z nią piosenki, albo nauczyć się zabawnej rymowanki. Święta zawsze były ciepłe, pachniały sosnową żywicą, makówkami, karpiem, pomarańczami i maślanymi ciasteczkami. Na Wigilię mama robiła pięć dań, ale za to jedynych w swoim rodzaju, wyczekiwanych cały rok. Cały dom pachniał pieczonym karpiem i moczką. Podczas życzeń, dziadek - chłop ze stali - zawsze płakał ze wzruszenia. Śpiewaliśmy kolędy, dla dziadka zawsze "Cichą noc" po niemiecku. U dziadków zawsze stała żywa choinka, sosna, przyozdobiona prawdziwymi szklanymi bombkami i żarowymi lampkami. Takimi z gwintowanymi żarówkami, które dawały mocne, ciepłe światło. Uwielbiałam siedzieć w ciemnym pokoju i patrzeć na tę choinkę. Właśnie taki widok - żywej choinki oświetlonej takim kompletem światełek przeniósł mnie w ten dawny czas. Do domu, który zmienił się na zawsze, do ludzi, których dziś już ze mną nie ma, do mnie samej, szczęśliwej niewinnym i niczym nie zmąconym szczęściem dziecka...
Było mi łatwiej nie pamiętać bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej myśmy też umarl...
Tyle ciepłych wspomnień.... To kapitał, z którego można czerpać,a wszystko przez te staromodne światełka
OdpowiedzUsuńPopatrz Malwinko i dzień po Twoim wpisie brakło Tej najbardzieh Kocanej BRONCI.Nic tylko płakać.Takich ludzi chyba już nie ma.
OdpowiedzUsuń