Przejdź do głównej zawartości

kiedy wreszcie dorosnę...

Pamiętam, kiedy jako młoda dziewczyna buntująca się dla zasady przeciwko wszystkiemu, co ustanowią rodzice, słyszałam wielokrotnie magiczne stwierdzenie" kiedy będziesz dorosła i pójdziesz na swoje będziesz sobie mogła robić co chcesz!". Dorosłość a w pakiecie również wyprowadzka z domu, jawiła mi się jako cudowny błogostan wolnej woli, samostanowienia i wolności w ogóle. Osiągnięcie ogólnie przyjętego progu dorosłości zrobiło niewielkie wrażenie na moich rodzicach dlatego zaklęcie powtarzali nadal, jedynie trochę zmodyfikowane, stosownie do faktu pełnoletności ich córki. "Jak będziesz na swoim będziesz sobie mogła robić co chcesz". Amen. Zatem niezrażona przeciągającym się okresem wyczekiwania snułam swoje plany i marzenia odnośnie wielkiej chwili pójścia na swoje  i robienia tego co to się tylko mi będzie podobać. Miało być zatem sielsko anielsko w przytulnym, gustownie urządzonym mieszkanku, pełnym zapachowych świeczek, z kubkiem liściastej herbaty popijanym przy zachodzie słońca w akompaniamencie ulubionej muzyki. Miały być popołudnia w kawiarni w towarzystwie moich koleżanek, spacery z pieskiem po parku i ogólnie święty spokój od wszelkich "proszę to natychmiast zrobić". Fakt mojego opuszczenia domu rodzinnego miał miejsce w dniu mojego ślubu, kiedy to - niewiele wiedząc o życiu a jeszcze mniej o samodzielności - szczerzyłam się szczęśliwa, że oto wreszcie będę na SWOIM. Szybko jednak okazało się, że większość rzeczy które zapełniają mi dzień robię nie dlatego, że jestem dorosła i na swoim i mam na nie ochotę ale dlatego, że jestem dorosła i na swoim i muszę je zrobić bo nikt inny tego za mnie nie zrobi. Okazało się również już na początku, że z moich marzeń niewiele zostało. Na wystrój który spełniałby moje kryteria zwyczajnie nas nie było stać, trzeba było się zadowolić tym, co akurat było. Tak jest zresztą do dziś, bo chociaż pieniędzy przybywa to i gusta się zmieniają... Zamieszkaliśmy na wsi, bo tak taniej a pies miał na tyle duży ogród, że na spacery wcale chodzić nie musiał. Początkowy zapał, żeby robić coś dla siebie, choćby orać nosem ziemię ze zmęczenia szybko się wypalił a zajęcia z tych ulubionych wędrowały na listę nigdy nie nadchodzącego "potem". Praca, zakupy, sprzątanie, gotowanie, bezmyślnie obejrzany program w telewizji i na nowo. Oczywiście, wcale nie musiałam składać prania od razu, kiedy było suche, ani sprzątać w sobotę, ani też co tydzień pastować butów, ale marna to była wolność, bo podszyta wyrokiem w zawieszeniu, przecież ostatecznie i tak należało te sprawy załatwić. Jednak nikt nie patrzył mi do talerza, nie komentował do której śpię w niedzielę i czy w ogóle wstaje. Coś jednak było fajnego! Ucząc się życia i spijając słodycz dorosłości, aż mnie mdliło, przeżyłam kilka, dość przyzwoitych lat małżeństwa, i pojawiły się dzieci. Obowiązków przybyło odwrotnie proporcjonalnie do ich wielkości. Lista rzeczy które kiedyś wreszcie zrobię, bo mam na nie ochotę, jestem dorosła i na swoim tak jakby, wciąż się zapełnia. Kiedy miałabym kilka minut dla siebie, żeby np. umyć włosy, zachowuję się jak mama z obrazka na facebook`u - sprzątam całą łazienkę zapominając po co tam przyszłam. Między jednym  donośnym "Mamooo!" a drugim rozmyślam, kiedy to nastąpi ten cudowny sielski anielski błogostan wolnej woli obiecywany przez rodziców. I odkryłam! Kiedy dzieci dorosną i pójdą na swoje!

Więc może tak powinna brzmieć złota zasada? "Kiedy będziesz dorosły i pójdziesz na swoje, będę mogła wreszcie robić co mi się podoba!!"

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...