Przejdź do głównej zawartości

śląska sobota

Kilka lat temu Kabaret Młodych Panów w skeczu "Opowieści Biblijne" opisał taką scenkę: "I uderzył Mojżesz w Zalew Goczałkowicki i pół Śląska nie miało wody. A była to sobota.". Śmiali się tylko Ślązacy. Bo trzeba się na Śląsku urodzić i wychować aby poczuć i poznać czar śląskiej soboty - dnia niezwykłego i ekscytującego! Trochę sama pamiętam z dzieciństwa a trochę znam z opowieści rodziców, ale sobota była dniem wielkich porządków, prania i kąpania. Z rana robiło się pranie i zakupy "na niedzielę" - zapas chleba, piwa, papierosów, wszelkich innych rzeczy, bo w sobotę sklepy czynne były do 13 a w niedzielę wcale i - o dziwo - nie było to głównym tematem wiadomości! Pranie robiło się na tyle wcześnie, żeby zdążyło wyschnąć do wieczora, na niedzielę musiał być porządek a pranie uprzątnięte. Pospolitym ruszeniem każdy dostawał jakieś zajęcie i przyczyniał się do realizacji sobotniego planu. Obowiązkowo ścierało się kurze z wszelkich mebli i wszystkiego co stało "na ozdobę" a w domu mojej młodości takich rzeczy stało zatrzęsienie. Najważniejsze w ich istnieniu było to, aby je podziwiać i absolutnie nigdy nie używać! Stał tak serwis kawowy, kryształowe półmiski, salaterki i kosze, gliniane figurki, szkatułki i wszystko co stało w kredensie na nadzwyczajne okazje. Zazwyczaj były to pamiątki ślubne mojej babci i mamy, które sukcesywnie uszczuplałam tłukąc przy każdej okazji. Doszliśmy do tego, że czyściłam je tylko dwa razy do roku. Trzepało się dywany w śląskich domach w sobotnie dni, szorowało podłogi, kładło czyste obrusy i serwety. Zmieniało się zestaw ręczników na świeży. W gospodarstwie dziadek również czynił porządki, wyrzucając gnój wszelkiej gawiedzi i kładąc czystą pachnącą słomę. Po jego energicznych zabiegach sanitarnych tato łapał za wierzbową miotłę i zmiatał całe podwórko przystrojone źdźbłami słomy. Na podwórku też musiało być ładnie na niedzielę. Piekło się ciasto, najczęściej śląski kołocz, albo zwykłą babkę, ale oczywiście jeść je można było dopiero w niedzielę. Po południu odbywały się dantejskie sceny w zagrodzie dla ptactwa, ponieważ babcia chodziła wybierać niedzielny obiad - na pieczeń kaczkę, gdy już się nadawały, a na rosół kurę lub gołębia. Nikt nigdy nie wpadł z transparentem, że babcia jest mordercą i że powinniśmy dać wolność naszym obiadom. Na niedzielny obiad czasem dorzucał się dziadek którymś ze swoich królików, ale zawsze w sobotę był czas na ich przygotowanie. Kiedy już babcia zasiadała do skubania cała reszta zagrody na tydzień oddychała z ulgą. Wieczorem trzeba było nawieźć z pola wszystkiego co w niedzielnym obiedzie mogło się przydać, a więc wszelkie jarzyny do zupy, kapusta, ziemniaki. Wykopane z ziemi i opłukane czekały na niedzielę. Na koniec dnia odbywało się wielkie kąpanie. Sprawa wielkiej wagi, bo naprawdę w wielu domach kąpano się tylko w soboty, z okazji nadchodzącej niedzieli i wyjścia do kościoła. Dawniej podyktowane było to tym, że wodę na kąpiel trzeba było szykować dość długo, nanieść ją ze studni, zagrzać na węglowym piecu a potem wynieść z domu. Nie było w domach bieżącej wody i kanalizacji. Później została w ludziach oszczędność i szacunek dla wody, jako dobra naturalnego, dlatego nie marnowało się jej zbyt dużo na codzienne kąpiele. Zresztą nawet w sobotę, w dzień wielkiego kąpania tę samą wodę używało kilka osób po kolei. Zazwyczaj zażywano kąpieli w kolejności od najmniej do najwięcej ubrudzonego, ale to dawne dzieje. Starsi Ślązacy jednak nadal z dezaprobatą patrzyli na wylewanie "czystej" wody po każdej osobie. Myliśmy się wszyscy szarym mydłem, które tata dostawał z kopalni, szamponem familijnym a dzieci bambino.  Pamiętam, że takie cuda jak mydło Luksja czy Dove dostawało się w paczkach urodzinowych i wkładało do szafki, aby ubrania ładnie pachniały. Pod żadnym pozorem nie używało się ich do mycia! Bo szkoda... Dostawało się czystą pidżamę i już można było oczekiwać nadejścia niedzieli. Bo śląska niedziela też była wyjątkowym dniem, ale o tym może innym razem...
To były naprawdę piękne dni!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Mori

Znów mi smutniej na świecie, ubyło serdecznego śmiechu. Dobroci, co się nieproszona sama przejawia, pomocnej dłoni na kiepskie czasy. Prostoty rozumienia skomplikowanych spraw i przyjmowania tego co jest, jakby musiało być.  Znów mi tu bardziej samotnie. Jakby wszyscy tam uciekali. Do tej spokojnej krainy, zielonej od morza traw, spokojnej murem lasów na horyzoncie, błogiej błękitem bezbrzeżnego nieba. Dźwięcznej cykadami, słowikami i trzmielami. Pachnącej świeżym chlebem, który ktoś zostawił na drewnianym blacie. Znów coś już było po raz ostatni. Chociaż się wtedy nie wydawało. Podpełzło zdradziecko, zabrało. Ostatnie do widzenia dziś brzmi jak groteska. Teraz już wiem, że to co mi w pamięci zostało w ramkę muszę zamknąć ostatniego wspomnienia i hołubić w sercu na zawsze. Nie chcę się żegnać i tęsknić już zawsze. Wolę przed oczami Twój uśmiech wesoły.  Zostały żarty niewypowiedziane, wspólne kawy nie wypite, uściski skreślone przez śmierć. Okulary nikomu niepotrzebne, buty, k...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...