Wielka chwila zbliża się wolno, zaznaczona w kalendarzu na czerwono, obietnica nieskalanej swobody i luzu, ciszy w najczystszej postaci, po prostu pustego domu, całego tylko dla mnie. Jakże rzadka, zwykle tylko kilkugodzinna, naszpikowana pomysłami na jej spędzenie i wykorzystanie, jawi się jak namiastka wolności dla więźnia, powoduje dziwne podniecenie i zachwyt. Kiedy drzwi zamykają się za całą gromadką, która postanawia spędzić czas wyjątkowo beze mnie, odczekuję kilka niedowierzających minut zastanawiając się, czy aby nie wrócą. Kiedy nie wracają rozpoczynam radosny bieg przez kuchnię, myśląc jednocześnie o tym, czego bym się napiła (kawka, koniecznie z pianką, albo nie, ta herbatka ulubiona, którą zawsze pije zimną, albo wiem! zrobię sobie drinka, aha i jeszcze to winko mam w szafce, ale w sumie, napije się wody jej przygotowanie zajmuje najmniej czasu a mam jeszcze tyle do zrobienia!)i o tym co włączyć do słuchania - Elvis, dawno nie słuchałam, albo lepiej Beethoven, nigdy nie mogę go słuchać jak wszyscy są w domu, albo lepiej, puszczę sobie składankę starych hitów a potem symfonię i na koniec Elvisa. W mgnieniu oka wobec pustych ścian i braku taksujących spojrzeń ujawniają się moje wszystkie skrywane talenty. Śpiewam wyśmienicie, wyciągam wszystko i tak długo jak trzeba a nawet co tam taka Houston, ja potrafię wyżej i dłużej ciągnąć to jej Uuu ze słynnego You. Zaśpiewałam Carey, Sinatrę, Madonnę, Villas i Habanerę z Carmen i dopiero się rozkręcam! Na co dzień nie śpiewam, nie warto zawstydzać wszystkich dookoła takim ogromem talentu, przecież komuś może zrobić się przykro, że ktoś ma TAKI głos! Tańczę pierwszorzędnie, Egurrola przy mnie ledwo podryguje w takt muzyki, ja po prostu wszystko mam w małym paluszku, tańczę za siebie i za partnera, nawet się nie zgrzałam, taka forma, taki styl!! Zazwyczaj z żywym partnerem już mi tak nie wychodzi, jednak różnica poziomów itp. trzeba się dopasować do partnera, co poradzić. Po prezentacji obu talentów czas na malowanie paznokci, muzyka dudni, a ja wymyślam kolory, mam przecież czas, mogę ostatecznie przemalować paznokcie u nóg na inny kolor, gdyby był nietwarzowy. Bo mi koniecznie stopy do twarzy pasować powinny. Wystrojona w odjazdowe paznokcie idę wyciągnąć z szafy ukryte w kącie rzeczy z metką "jak schudnę" i przymierzam je sobie do woli, wolna od ironicznych spojrzeń i uwag w stylu: "to się aż tak nie naciągnie"; "kolacja z dwóch dań to przesada"; "przydałaby się dietka"; "wiesz, ile kalorii ma łyżeczka majonezu?" itp. Nic nie pasuje, wprowadzając mnie w nieco przykry nastrój... Wyciągam więc rozmaite skarby schowane w barku, czekoladki, batoniki, wafelki i po trosze wszystkim się delektuję, stwierdzając, że mi kilka starych szmat nie zepsuje tego dnia! Mogę sobie pokomentować do woli program w telewizji, popłakać na reklamach, przekląć głośno i nie martwić się, że "się dzieci uczą", - jak zwykle nie tego co trzeba. Miałam się jeszcze wygrzać w wannie, zrobić peeling stóp, nabalsamować, obejrzeć milion stron w internecie, poczytać książkę, poukładać zdjęcia, pofarbować włosy.....i w sumie, dobrze, że już wrócili. Strasznie mnie zmęczyło to odpoczywanie...
Było mi łatwiej nie pamiętać bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej myśmy też umarl...
Komentarze
Prześlij komentarz