Przejdź do głównej zawartości

zapach wiosny zimą

Ziemia dzisiaj pachniała wiosną.
Taka dziwna mieszanka, nieco zaskakująca o tej porze roku, ale zapewne mająca związek z utrzymującymi się dodatnimi temperaturami. Spacerując po okolicy parę chwil przed zmierzchem poczułam znajomy, cudowny zapach. Mieszanka delikatnej wilgoci z zapachem odpoczętej po zimie ziemi i kilku promieni słońca, które nieśmiało spoziera z nieba, chętne, aby grzać bardziej, ale na wszystko przyjdzie czas. Zapach, który przywodzi na myśl budzącą się do życia przyrodę, jest to zapach zielonych pączków drzew, pierwszej zielonej trawy pokrytej rosą, zapach późnego jeszcze świtu okraszonego gwizdami kosa, zapach nadziei. Nadziei która przepełnia człowieka czasami na przekór wiedzy, doświadczeniu, zdrowemu rozsądkowi, tego co spotyka nas i wszystkich dookoła. W nadziei piękne jest właśnie to, że jest tak irracjonalna, pozbawiona podstaw istnienia że tworzy w zasadzie osobny, ulotny, eteryczny byt, który czasem zakwita w nas właśnie w takich krótkich minutach zachwytu nad pięknem - obiektywnym i niewzruszonym, trwającym miliony lat. Zapach wiosny przywodzi mi na myśl kwietniowy poranek, kilka chwil po świcie, jasny i przejmujący człowieka jak espresso, swą rześkością, kryształowością kształtów i barw, które rozbudzają zmysły i trwają tylko chwilę, rozmywając się w cieple dnia i promieniach żółtego słońca. Te wszystkie odczucia towarzyszyły mi na spacerze, kiedy wdychałam, nieco zaskoczona, ten cudny zapach, wpatrując się w pomarańczową tarczę zachodzącego za nagim horyzontem słońca, które malowało krajobraz ciepłą, przyjemną nutą, która ulatuje tak szybko jak dźwięk, pozostawiając szaro-burą zieleń styczniowego wieczoru. 
Więc tak sobie szliśmy, ja, RZ i zapach wiosny...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez Ciebie

Było mi łatwiej nie pamiętać  bliskości Twoich szerokich ramion mapy pieprzyków na Twoich plecach  zagłębienia obojczyka linii szyi znajomej jak droga do domu Było mi łatwiej bez dotyku, zapachu bez znajomego uścisku  z pustym miejscem na plecach po Twoich ciepłych dłoniach  ...Niż z tym jednym przytuleniem Wróciła jak trzaśnięcie biczem pamięć o wszystkich chwilach spędzonych w tych ramionach o wszystkich tańcach z twoją dłonią na moich plecach, o gęsich skórkach pod twoimi palcami o małych i wielkich rozkoszach kiedy byłeś tak blisko Wróciły jak pazury lwa rozszarpujące zwierzynę  wszystkie ciche dni, wyrzuty wilgotne od łez oczy zagubione spojrzenia szukające stabilizacji lęk i niepewność przed tym co ucieka wzajemne pretensje, coraz głębsze rany i głuche milczenie, które tylko dzieli Nie chcę ich pamiętać  boli moja wina błędy i pomyłki uderzają w twarz coś było i uparcie tego nie ma jak człowieka w tym słynnym wierszu Szymborskiej  myśmy też umarl...

Anioł śmierci

Zabiłam już w sobie kilka razy ochotę na życie. Odbudowuję ją później mozolnie, kawałek po kawałku, składając dobre słowa jak cegły ocalałe po detonacji. Na nowo, od fundamentów buduję mury pewności siebie, radości z każdego dnia, ochoty na kolejny świt i wiary w to, że ten świat jest lepszy od tego po drugiej stronie. Czytam mój list do taty, próbuję odnaleźć siebie w tych słowach pełnych pewności i stanowczości. Teraz, kiedy znów zabiłam w sobie chęć do życia. Zabiłam milion razy setki pomysłów na siebie. Na piękno, zdrowie, dobre samopoczucie. Na ćwiczenia, spacery, rozwój i dobrostan. Zachłysnęłam się na chwilę i wyplułam z obrzydzeniem. Odrzuciłam, najdalej jak można, odwróciłam się plecami, udaję, że nigdy ich nie było. Żal przyćmiewam kolejnym papierosem, topię w perlistym prosecco, zagłuszam zbyt głośną muzyką. Nie patrzę w lustro, nie staję na wadze, nie chcę widzieć wszystkich wad i niedoskonałości. Nie potrafię spojrzeć na siebie inaczej, jak tylko z mocnym wyrzutem.  Za...

Wiedźmy też czasem płaczą

Wiedźmy też czasem płaczą. Z nieustalonego żalu za wolnością, nieskrępowaną i dziką, targającą włosami na wietrze. Taką, która wymiata z duszy niepokój, ból, troskę i smutek. Z tęsknoty za najczulszym dotykiem. Cichym w urwanym oddechu, w szepcie, w gęsiej skórce na plecach.  Z ciężaru wspomnień kładących się cieniem na każdym dniu. Ciążących ołowiem win, raniących kolcami kłótni, ziąbiących obojętnością wygasłych uczuć. Z bólu trącanych wzruszeniem strun duszy. Katując się dźwiękami szarpiących serce nut, rozdrapując stare zaschnięte rany do świeżej krwi. Z nadzieją, że jej czerwień i ciepło obudzą cokolwiek do życia. Z powodu pustych, nic nie wartych słów rzucanych na wiatr. Cichych obietnic zawartych w spojrzeniach, z których nie został już ślad. Nadziei, zdeptanych przez chichoczący los. Z powodu każdej błahej sprawy, co urasta do rangi tragedii. Siada na barki i pochyla w bezradności ramiona.  Z powodu każdego upadku, którego nikt nie może zobaczyć, z którego trzeba się p...